— Zabijemy ich — Mateusz nie był w stanie zabić komara i mówił tak tylko, żeby było mi przyjemnie.
I było. Zwłaszcza, że oni zabijali naszych. Kiedyś zabili kajakarza. Też płynął za głośno. Rzucili w niego kamieniem. Dobił do brzegu i oddał im ten kamień. Zadźgali go scyzorykiem do sprawiania ryb. Bardzo niski wyrok dostali wędkarze potem, chyba nawet w zawieszeniu, bo byli siedemdziesiąt plus, a kajakarz był młody i miał naturalną przewagę. Naturalna przewaga młodości, prawniczy dogmat, którego nigdy nie zrozumiem. Na pamiątkę tego dogmatu ktoś machnął olejną farbą krzyż na kamiennym obrzeżu kanału. Raz go mijaliśmy, też w drodze nad wodę, wywołał we mnie napięcie:
— Muszę popływać — powiedziałam. — Wysiadam.
— Tu jest sześć metrów, wiesz — powiedział. — A jak nie wypłyniesz?
— To będziesz musiał zwalić sobie sam.
Ogromnie nie lubił, jak tak mówiłam, bo wyobrażał sobie, że wytchnienie jest ze swej istoty romantyczne, a mamy romantyczną relację.
Oczywiście, żeśmy mieli, pamiętam te trzydzieści sekund: jechaliśmy Modlińską, stając na kolejnych światłach. Przedtem otrąbiono nas na Ćmielowskiej, gdy przed sygnalizatorem próbowaliśmy się pocałować. Ale to była Modlińska, ulica czerwonej fali.
— Tu jest długie czerwone światło — powiedziałam. Nachylił się do mnie. — Ależ tytuł! — ucieszyłam się. — Zapiszę — wyjęłam telefon. Odsunął się. Zapisałam „długie czerwone światło”. Światło nadal było czerwone, więc nachylił się znowu i wtedy światło się zmieniło.
— Nie spieszyłeś się — powiedziałam.
— Pracowałaś — uśmiechnął się. — Nie chciałem przeszkadzać.