To był nasz romantyczny moment. Potem starałam się podobnych unikać, bo wiedziałam, że tego nic nie przebije.

Akurat nad jeziorem nie było nikogo. Rozebraliśmy się i weszliśmy, ja po konarze, a Mateusz po prostu. Lubiłam się popisywać zmysłem równowagi i zdrowym stosunkiem do nagości, starałam się nie myśleć, że gdybym się poślizgnęła, mogłabym zetrzeć sobie nagość do krwi, a jeszcze nie daj Boże nadziać się na coś, co nie nadaje się do nadziewania. Na końcu konaru siadałam boczkiem jak amazonka z obrazu i łagodnie spuszczałam się do wody. Mateusza cieszył ten teatr, bo widział w nim przejaw mojej dziecięcej radości życia.

— Płyniemy do wysepki? — zapytał. Nie bardzo chciałam płynąć do wysepki, bo piłam wcześniej wino. Udało mi się to jakoś przed nim ukryć, bo nie lubił mojego picia w dzień: nie grało mu to z dziecięcą radością. Ale do wysepki był kawałek, a sam cel nie aż tak pociągający: wysepkę też zdobił krzyż, nawet gorzej niż namalowany, bo zbity z gałęzi brzozy. Tym razem chuje wędkarze nie mieli z tym nic wspólnego: jakiś dzieciak się tu kiedyś utopił, bo to nie było jeziorko do pływania, tylko starorzecze Wisły, akwen o, umówmy się, bardzo zmiennych parametrach. Wolę to określenie niż „zdradliwy”. Przyszło lato, wakacje, dzieciak przyjechał tu z innymi dzieciakami na rowerze. Można powiedzieć, że zabiła go dziecięca radość.

Popływaliśmy i jednak przywlókł się wędkarz.

— Może mi pani wychodząc podać ten spławik? — zawołał.

Spławik był zielono-pomarańczowo-biały i unosił się jakiś metr ode mnie. Już wcześniej sprawdziłam, że nie miał doczepionego haczyka. Mimo że to o haczyk rozharatałam sobie kiedyś stopę, ześlizgując się jak najada po konarze, bardziej bałam się spławików: równie dobrze mogły być, jak nie musiały do nich doczepione haczyki. Spławik mógł być zarówno życzliwym ostrzeżeniem o realnym niebezpieczeństwie jak i nieszkodliwą, barwną dekoracją. Im częściej trafiało się na spławiki, do których nie przyczepiony był haczyk, tym rzadziej spełniały one funkcję ostrzegającą i ostatecznie traciło się czujność i kończyło z haczykiem w nodze. Chwyciłam spławik, dopłynęłam do brzegu, wyszłam z wody, podeszłam do wędkarza.

— Proszę — powiedziałam wyciągając rękę i dopiero potem sięgając po leżący na trawie ręcznik. Mateusz przyglądał się tej scenie z aprobatą. Później długo całowaliśmy się w samochodzie zaparkowanym pod moim blokiem od strony zieleniaka: właściwie nie wolno było tam parkować, chyba że w trybie kiss and ride.

Gdy nie było czasu na hotel albo mój dom był pełen ludzi, jeździliśmy też pod żelazną, kutą bramę ukrytego w lesie pod Jabłonną pustostanu. Właściwie nie wiem, czy lubiłam to bardziej czy mniej niż łóżko, a idąc dalej, bardziej czy mniej niż swoje łóżko czy niż łóżko w hotelu. A idąc jeszcze dalej, niebezpiecznie daleko, czy lubiłam bardziej łóżko w hotelu czy w moim domu. Na własny użytek nie robiłabym tych rankingów, ale Mateusz często pytał, na co mam dziś ochotę, co sprawiało, że zamykałam się w sobie, nie potrafiąc udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Bardzo nie chciałam być kobietą, która nie potrafi powiedzieć, na co ma ochotę. Przez jakiś czas, gdy pytał: „na co masz dzisiaj ochotę? ” odpowiadałam: „tak”, ale dość prędko przestało to być śmieszne. Dla mnie, bo dla niego nadal było. Tylko że on powiedział o moich zębach, że są śliczne i o moich znamionach, że są hipnotyzujące. Nie było sensu go słuchać, a z drugiej strony bardzo pragnęłam mu odpowiadać. W istocie toczyłam ciągłą walkę o to, żeby nie było widać ciągłej walki, którą ze sobą toczyłam: walki o to, żeby nie pogrążyć się w rozmowie sama ze sobą w najbardziej nieodpowiednim momencie.

Czyli brama mogła być najlepsza, bo miała przebieg jak średniowieczna bitwa, odbywała się szybko i z rozmachem, i w wysokich temperaturach, bo nie otwieraliśmy okien samochodu ze względu na komary.

— Mam godzinę — uśmiechnął się przez telefon Mateusz jakoś pod wieczór. — Czekam pod zieleniakiem. Na co masz ochotę?