— Na bramę mam — odpowiedziałam solennie. — Idę na dwór — rzuciłam dzieciom i bardzo serio zeszłam pod zieleniak.
Zanim dojechaliśmy, choć jechaliśmy długo, podniecona byłam umiarkowanie, chociaż tradycyjnie cieszyło mnie otoczenie, nagość, zaparowane szyby i kolejna walka, którą toczyłam tym bardziej, żeby nie ulec pokusie narysowania na zaparowanym oknie serduszka. Lub penisa. On skończył, ja nie bardzo, ale trzeba było się zbierać. Jechaliśmy z powrotem tą drogą krajową wśród lasów, gdy na drogę wyskoczył króliczek. Jakby kunka. W bocznym lusterku zobaczyłam grubą kobietę, która goniła tę kunkę, a kunka to zawracała ku grubej kobiecie, to próbowała wpaść pod któryś z nadjeżdżających z naprzeciwka samochodów. Jak one pędziły! Jakby były bezzałogowe. Kunka miała na głowie kokardkę: w panice miotała się chaotycznie i pomyślałam, że pewnie podobny widok miał pod mikroskopem Brown, kiedy obserwował kwiatowe pyłki w zawiesinie wodnej. „Już po tobie, piesku”, pomyślałam i zasłoniłam oczy. „Muszę wykonać jeszcze jeden gest”, pomyślałam, „i upadek będzie kompletny”.
— Zrób coś — powiedziałam do Mateusza, wciskając palce w oczy tak mocno, aż zobaczyłam pokaz świetlnych fontann, który odwrócił moją uwagę od obrazu rozjechanego przez samochód yorka.
Małe pieski rozjeżdżane przez samochody stanowiły dla mnie większy problem niż duże pieski rozjeżdżane przez samochody, a nawet niż sarny, łosie czy ludzie. Którejś soboty szłam z córką ulicą, przy której mieszkamy, jakiś ojciec pakował do bagażnika torbę, o samochód opierał się kilkuletni syn, a dookoła nich biegał drobniutki, łaciaty szczeniak, Jack Russell terier. Nagle, jak pyłek kwiatowy w zawiesinie, wykonał chaotyczny zwrot w kierunku szosy i wpadł prosto pod staczający się właśnie z progu zwalniającego samochód, za kierownicą którego siedziała sąsiadka z osiedla. Bardzo miła osoba. Grubsza, bezdzietna. Auto już wcześniej jechało po osiedlowej ulicy wolno, a na progu zwolniło aż do granicy utraty sterowności, pies już wcześniej biegał co okrążenie to szybciej, a ostatni wypad wykonał z prędkością światła. Chrupnęło, jakby ktoś nastąpił na szklany koszyk. — Może nic mu się nie stało — powiedziałam do córki i odeszłyśmy stamtąd jak najprędzej, bo nam było wstyd: za tego ojca, za sąsiadkę, za siebie.
Wciskałam dłonie w oczy, aż fontanny zaczęły zmieniać kolor z czerwonego w żółty, gdy nagle poczułam, że wszystko wokół stanęło: Mateusz zatrzymał samochód tak, że i ci za nami, i ci z naprzeciwka również się zatrzymali. Odważyłam się spojrzeć. Sięgnął do klamki po mojej stronie:
— Otwórz drzwi — zarządził, robiąc to za mnie. — Każ temu psu iść w stronę lasu.
— Ale on idzie do nas — powiedziałam przerażona. Jednocześnie popchnęłam szerzej drzwi otwarte już wcześniej przez niego. Ten ruch i ton głosu, jakim wydał mi polecenie, żebym to ja je otworzyła, sprawiły, że porzuciłam pokaz fontann i zaczynałam brać udział w akcji.
— A, to niech idzie — powiedział Mateusz, gotowy na każdy wariant.
Prawdopodobnie zamierzał kazać mi tego psa złapać i jednocześnie złapać go samemu, ale na szczęście pies pobiegł do swojej pani. Samochody stały, więc jego strach zelżał i powoli przestawał w swoim okokardkowanym łepku postrzegać samozatratę jako jedyne rozwiązanie sytuacji. Na szczęście nikt jeszcze nie zaczął trąbić. Zwinęłam spódnicę, żeby nie przyciąć jej drzwiami, usłyszałam, jak ta pani krzyczy za nami „dziękuję”, ruszyliśmy i wszystko z nami ruszyło.
Potem ze dwa razy pocałowałam Mateusza w rękę podczas jazdy, za pierwszym razem spojrzał na mnie zdziwiony, bo to raczej była jego działka, całować mnie w rękę w czasie jazdy, za drugim razem po prostu zmienił bieg tą drugą.