diOda do miłości

Złotko, ma się na końcu języka tę noc drżącą, przerywaną snem i pierwszym

ochłodzeniem. I jakże bezładna jest w niej radość z wątłego istnienia, jak dotkliwie

cierpka tęsknota. Powiew i ostatnia pieczęć lata, czuła jak pocałunek w trzech osobliwych

częściach, rozpływają się po wierzchu w tętniącej pamięci.

Śliczności, siły zbierają się na nieznane przejścia, podobno są nowe bariery w nowiu

miłości. Gdzieś jednak przebywa się z pewnością, w nieruchomym wzruszeniu i

wyczekiwaniu na starcie albo na zupełny rozpad. Czucie jest mocne i wyraziste niczym

samotność w najtkliwszej rozkoszy, w którą tylko bezwzględny kochanek posyła bez

wahania. Czy to należy jednak traktować jak zamach? A jeśli czeka na dnie?