I nagle coś lub ktoś wybiega zza zakrętu. Jakaś obleśna gra wstępna ma miejsce na

scenie, jakieś cudze amory. Brzydko pleść warkocze. Bił ją po dupie i tak nagle zasnęli.

Matryca Oriona1, prosty gwiezdny wzorzec nie był źródłem najmocniejszych wspomnień.

Bardziej przyroda — liście starannie układane warstwami, zrzucane żakardy2 gałęzi i klisza

miłości, jej wczesny semikontynent, odkryty samotnie, cały w kolorystycznych

gardeniach, wiciokrzewie i zawiniętych hortensjach.

I jeszcze te natarczywe dźwięki z mętnego gramofonu, stres dnia, w którym koszt zabił

transakcję z największą aglomeracją i pierwsze, niezawodne oznaki płonicy. Twarda

w każdym języku tratwa z niekruszonych kości jawiła się jako jedyny, lakoniczny ratunek

przed żarłoczną przepaścią, która sama chciałaby przywitać gości wygodnym, krótkim