koturnów płomienia niezmiennie przerażało. I te rzeki iskier,
które płynęły za nami, wypalając ślad jak grawerunek na śniegu.
Nie podpływały zbyt blisko, wystarczyło tupnąć,
a ich języki ustępowały jak liście spłoszonej mimozy.
Pełzały korzystając z faktu, że oczy nie otwierają się
z tyłu głowy. Pseudomim kręcił na świat te różne, smukłe ognie,
biegające po śladach wczorajszej komety — w poziomie, by uniknąć kolizji
z taflą jeziora albo nawet z hosanną przeszklonego nieba.
I żeby nie skonać w zenicie, bo kto by tak chciał?
Więc spadały gładko za serdeczny horyzont.