Bardziej przyroda — liście starannie układane warstwami, zrzucane żakardy42 gałęzi i klisza
miłości, jej wczesny semikontynent, odkryty samotnie, cały w kolorystycznych
gardeniach, wiciokrzewie i zawiniętych hortensjach.
I jeszcze te natarczywe dźwięki z mętnego gramofonu, stres dnia, w którym koszt zabił
transakcję z największą aglomeracją i pierwsze, niezawodne oznaki płonicy. Twarda
w każdym języku tratwa z niekruszonych kości jawiła się jako jedyny, lakoniczny ratunek
przed żarłoczną przepaścią, która sama chciałaby przywitać gości wygodnym, krótkim
lotem i twardością dna.
Ale może pod jej wiekiem jest jakaś kolonia? Och, tak. I rozbrajający dwukropek świata
i nienapisana jeszcze dioda do miłości.