a w gruncie powszechnym rzeczy każdy czarny szlak albo choćby na niego pomysł
nie nazywał się inaczej niż bolesny powróz do nierozwiązania. Więc cóż mu
pozostaje w tej malkontentnej klaustrofobii, w tej nadętej sferze notorycznego
przesądzenia, w napuszonym inflacją2 kosmosie, który udawał tylko klasyczny
niedeterminizm i skomplikowanie. Jakaś kwiecista beletrystyka, bukiet poezji
kobiecej czy może rozpaczliwie zapoznawczy wieczorek?
Żaden projekt mu nie wystarczy, tylko czysta radość — różanopalcy3 uśmiech
niebios. Radość, która trwa i jest prawdziwym bohaterstwem, słodycz zaś i rozkosz
bezcennymi darami niezrozumienia. I tu lekceważymy wszystkich posępnych
belfrów chorych na rozmaite formy przymusu, racjonalizm i prężne nerwice.