Inwazja jaszczurów

Księga pierwsza. Andrias Scheuchzeri

1. Dziwactwa kapitana van Tocha

Gdybyście szukali na mapie wysepki Tana Masa, znaleźlibyście ją na równiku, nieco na zachód od Sumatry; ale gdybyście zapytali na pokładzie statku „Kandong Bandoeng” kapitana J. van Tocha, co to jest ta Tana Masa, przed którą właśnie zakotwiczył, przeklinałby przez chwilę, a potem powiedziałby wam, że to najohydniejsza dziura w całym Archipelagu Sundajskim, jeszcze bardziej obrzydliwa niż Tana Bala i co najmniej tak podła jak Pini albo Banjak; że jedynym, za przeproszeniem, człowiekiem, który tam żyje — nie licząc wszawych Bataków — jest wiecznie pijany agent handlowy, mieszaniec Kubanki i Portugalczyka, jeszcze większy złodziej, poganin i prosię niż każde z nich z osobna; i że jeśli jest na świecie coś przeklętego, to jest to przeklęte życie na tej przeklętej Tana Masa. Wówczas zapytalibyście go prawdopodobnie, dlaczego zatem zarzucił tu tę przeklętą kotwicę, jakby chciał tutaj zostać całe przeklęte trzy dni; a on zasapałby rozdrażniony i burczałby coś w tym sensie, że „Kandong Bandoeng” nie przypłynąłby tu tylko po tę przeklętą koprę albo olej palmowy, to oczywiste; a zresztą, nic panu do tego, mój panie, ja mam swoje przeklęte rozkazy, a pan niech będzie łaskaw pilnować swego nosa. I przeklinałby tak długo i siarczyście, jak przystało starszemu, ale jak na swój wiek jeszcze całkiem czerstwemu kapitanowi statku pełnomorskiego.

Lecz gdybyście zamiast zadawać wścibskie pytania pozwolili kapitanowi J. van Tochowi burczeć i złorzeczyć pod nosem, moglibyście dowiedzieć się więcej. Czyż nie widać po nim, że musi sobie ulżyć? Zostawcie go tylko w spokoju, a jego rozdrażnienie samo znajdzie sobie ujście.

— Patrz pan — palnął kapitan — ci faceci u nas w Amsterdamie, ci przeklęci Żydzi tam na górze przypomnieli sobie o perłach... „Niech się pan rozejrzy za jakimiś perłami. Ponoć ludzie szaleją teraz na punkcie pereł i w ogóle”. — Kapitan splunął rozgoryczony. — Wiadomo, lokować ecie-pecie w perłach! To dlatego, że wam, ludziom, ciągle zachciewa się jakichś wojen albo czegoś. Boicie się o pieniądze, ot co. I to się nazywa kryzys, panie.

Kapitan van Toch wahał się przez chwilę, czy ma się z wami wdać w dyskusję o sprawach gospodarczych. Dzisiaj bowiem nie mówi się o niczym innym. Tylko że tutaj, w pobliżu Tana Masa jest na to zbyt gorąco i leniwie. Toteż kapitan van Toch machnął ręką i mruknął:

— Łatwo powiedzieć: perły! Panie, na Cejlonie nie ma już czego szukać przez najbliższe pięć lat, na Formosie zabronili połowów. „No to niech pan się postara, kapitanie van Toch, znaleźć nowe łowiska. Niech pan popłynie na te przeklęte wysepki, może tam znajdzie pan całe ławice perłopławów”.

Kapitan z pogardą wysiąkał nos w jasnoniebieską chustkę.

— Te szczury w Europie wyobrażają sobie, że da się tu jeszcze znaleźć coś, o czym nikt nie wie! Chryste Panie, co to za kretyni! Dobrze, że nie chcą, żebym tym Batakom zaglądał do pysków, czy nie chowają tam pereł. Nowe łowiska! W Padangu jest nowy burdel, to tak, ale nowe łowiska? Panie, ja te wszystkie wyspy znam jak własne gacie... od Cejlonu aż po tę przeklętą Clipperton Island... Jeżeli ktoś myśli, że coś tu jeszcze znajdzie, na czym by można zarobić, to szczęśliwej podróży! Od trzydziestu lat tutaj pływam, a ci idioci oczekują, że coś tu odkryję! — Kapitan van Toch pienił się wprost na myśl o tych obraźliwych roszczeniach. — Niech tu poślą jakiegoś żółtodzioba, to im tyle odkryje, że będą mrugać oczami ze zdziwienia. Ale wymagać czegoś takiego od kogoś, kto zna ten rejon tak jak kapitan van Toch... Musi pan przyznać... W Europie może dałoby się jeszcze coś odkryć, ale tutaj... Tu przecież ludzie przyjeżdżają tylko po to, by węszyć, co się da zeżreć, a nawet nie zeżreć, tylko co się da kupić i sprzedać. Panie, gdyby w całych przeklętych tropikach było jeszcze coś, co by miało atrakcyjną cenę, stałoby przy tym trzech agentów, którzy machaliby zasmarkanymi chustkami do nosa na statki siedmiu krajów, żeby się zatrzymały. Tak to wygląda, mój panie. Znam to lepiej niż urząd kolonialny Jej Królewskiej Wysokości, za przeproszeniem.