Kapitan van Toch z trudem starał się opanować gniew, co mu się w końcu, po dłuższym pomrukiwaniu udało.

— Widzi pan tych tam dwóch żałosnych próżniaków? To poławiacze pereł z Cejlonu, nie karz mnie Boże, Syngalezi, jak ich Pan Bóg stworzył; ale czemu to uczynił, nie wiem. Wożę toto ze sobą i jeśli znajdę gdzieś kawałek wybrzeża, na którym nie jest napisane „Agency” albo „Bat’a”, albo „Urząd Celny”, wpuszczam toto do wody, żeby szukało muszli. Ten mniejszy łajdak nurkuje aż na osiemdziesiąt metrów. Tutaj na Wyspach Książęcych znalazł na głębokości dziewięćdziesięciu metrów korbkę od kinematografu, ale perły... gdzież tam! Ani śladu! Nikczemna hołota ci Syngalezi. Więc taką przeklętą mam pracę, mój panie: udawać, że kupuję olej palmowy, a przy tym szukać nowych łowisk perłopławów. Może jeszcze zechcą, żebym odkrył jakiś nowy ląd, nie? To przecież nie jest zajęcie dla uczciwego kapitana statku handlowego. J. van Toch nie jest żadnym przeklętym poszukiwaczem przygód, mój panie, o nie!

I tak dalej... Morze jest wielkie, a ocean czasu nie ma granic. Spluń do morza, człowieku, a ono się nie wzburzy, narzekaj na swój los, a nie zmienisz go ani trochę. No więc po wielu przygotowaniach i poruszaniu się po obrzeżach, dotarliśmy w końcu do miejsca, w którym kapitan holenderskiego statku „Kandong Bandoeng”, J. van Toch, wzdychając i klnąc siarczyście, schodzi do łodzi, by wysiąść w kampungu1 na Tana Masa i pertraktować z pijanym mieszańcem Portugalczyka i Kubanki na temat rozmaitych spraw handlowych.

Sorry, Captain — powiedział w końcu ów mieszaniec — ale tu, na Tana Masa żadnych muszli nie ma. Ci brudni Batakowie — ciągnął z obrzydzeniem — żrą nawet meduzy. Więcej siedzą w wodzie niż na lądzie, kobiety cuchną rybami tak, że nawet pan sobie nie może wyobrazić... Co to ja chciałem powiedzieć? Aha, pytał pan o kobiety.

— A nie ma tu gdzieś kawałka brzegu, gdzie ci Batakowie nie włażą do wody?

Mieszaniec Portugalczyka i Kubanki pokręcił głową.

— Nie, panie. Chyba że Devil Bay, ale to nie dla pana.

— Dlaczego?

— Dlatego... że tam nikomu nie wolno chodzić, panie. Nalać panu, kapitanie?

Thanks. Są tam rekiny?