— Ale ze mnie dureń — mruknął Povondra.
— Co się stało? — zapytała jego małżonka, nawlekając nitkę.
— Chodzi o te płazy — odparł Povondra. — Piszą tu, że w ostatnim kwartale sprzedano ich siedemdziesiąt milionów sztuk.
— To dużo, prawda? — spytała Povondrowa.
— No pewnie! Przecież to ogromna liczba, mamuśko. Wyobraź sobie, siedemdziesiąt milionów! — Povondra pokręcił głową. — Ktoś musi na tym zarabiać kokosy. A jakie prace można będzie dzięki nim wykonać! — dodał po chwili zastanowienia. — Piszą tu o tym, jak błyskawicznie powstają wszędzie nowe lądy i wyspy. Teraz ludzie będą mogli nabudować sobie lądów, ile będą chcieli. To jest wielka rzecz, mamuśko. Powiem ci, że to jest większy krok do przodu niż odkrycie Ameryki. — Povondra zamyślił się nad tym. — Nowa epoka w dziejach, wiesz? Co robić, mamusiu, żyjemy w przełomowych czasach.
W domu znowu nastała dłuższa cisza. Nagle ojciec Povondra gwałtowniej pyknął z fajki.
— I pomyśleć, że gdyby nie ja, nie doszłoby do tego...!
— Do czego?
— Do tego handlu płazami. Do tego Nowego Wieku. Prawdę mówiąc, to właśnie ja nadałem temu bieg.
Povondrowa podniosła wzrok znad dziurawej skarpetki.