— W jaki sposób?

— Ano w taki, że wpuściłem wtedy tego kapitana do pana Bondego. Gdybym go nie zaanonsował, ten cały kapitan jako żywo nie byłby się spotkał z panem Bondym. Gdyby nie ja, mamusiu, nic by z tego nie wyszło. Kompletnie nic.

— Może ten kapitan znalazłby wtedy kogoś innego — zaprotestowała Povondrowa.

Ojciec Povondra żachnął się.

— Ty tego nie rozumiesz! Taką sprawę potrafi załatwić tylko G. H. Bondy. On widzi dalej niż ktokolwiek inny. Inni uważaliby to za szaleństwo albo jakiś szwindel. Ale nie pan Bondy. Gdzież tam! Ten to ma nosa! — Povondra zamyślił się. — Ten kapitan... jakże on się nazywał... Vantoch... wcale na takiego nie wyglądał. Taki tłuściutki wujaszek. Inny odźwierny powiedziałby mu: „Dokąd, człowieku, pana nie ma w domu, i w ogóle”. Ale ja miałem jakieś przeczucie czy co. „Zaanonsuję go — powiedziałem sobie. — Pan Bondy pewnie mnie zwymyśla, ale biorę to na siebie i zapowiem go”. Zawsze mówię, że odźwierny musi mieć nosa do ludzi. Czasem zadzwoni jakiś gość, wygląda jak baron, a tymczasem to sprzedawca lodówek. A kiedy indziej przyjdzie taki poczciwy ojczulek i od razu widać, że coś w sobie ma. Człowiek musi się znać na ludziach — perorował Povondra. — Widzisz, Franek, ile zależy od człowieka nawet na podrzędnym stanowisku. Weź z tego przykład i staraj się zawsze wykonywać swoje obowiązki tak, jak to robiłem ja. — Povondra pokiwał głową jakoś tak uroczyście i z przejęciem. — Mogłem tego kapitana pożegnać w drzwiach i oszczędziłbym sobie schodów. Inny odźwierny by się nadął i zatrzasnąłby mu drzwi przed nosem. I udaremniłby w ten sposób taki wspaniały postęp na świecie. Pamiętaj, Franek, że gdyby każdy człowiek wypełniał swoje obowiązki, na świecie byłoby super. I słuchaj uważnie, kiedy do ciebie mówię.

— Dobrze, tatusiu — wymamrotał nieszczęsny Franek.

Povondra odkaszlnął.

— Daj mi na chwilę nożyczki, mamuśko. Powinienem to sobie wyciąć z tej gazety, żebym kiedyś miał po sobie jakąś pamiątkę.

W ten sposób doszło do tego, że Povondra zaczął zbierać wycinki o Płazach. Jego kolekcjonerskiej pasji zawdzięczamy mnóstwo materiałów, które w innym wypadku popadłyby w zapomnienie. Wycinał i chował wszystko, co tylko znalazł wydrukowanego na temat Płazów. Nie będziemy ukrywać, że po początkowych skrupułach nauczył się wertować w swej ulubionej kawiarni gazety, w których była jakakolwiek wzmianka o Płazach, i osiągnął niezwykłą, niemal czarodziejską wirtuozerię w tym, w jaki sposób potrafił wyrwać z gazety odpowiednią kartkę i schować ją do kieszeni na oczach kelnera. Jak wiadomo, wszyscy kolekcjonerzy są zdolni do kradzieży albo morderstwa, byleby zdobyć nowy eksponat do swej kolekcji. W żaden sposób nie stanowi to jednak plamy na ich honorze.

Teraz jego życie nabrało sensu, ponieważ było życiem kolekcjonera. Co wieczór porządkował i czytał swe wycinki pod łagodnym spojrzeniem małżonki, która wiedziała, że każdy mężczyzna jest po części małym dzieckiem. Niech lepiej bawi się tymi swoimi wycinkami, niż miałby chodzić do gospody i grać w karty. Zrobiła nawet w bieliźniarce miejsce na jego pudła, które sam sklejał na swoją kolekcję. Czyż można więcej oczekiwać od żony i gospodyni?