Kapitan dźgnął palcem w powietrze.

— Gdyby były na świecie jakieś diabły, których jeszcze nie znam — powiedział — chciałbym je zobaczyć. Ty, gdzie jest ten przeklęty północny zachód?

— Tam — wskazał mieszaniec. — Dokąd pan idzie?

— Do piekła — zarechotał kapitan van Toch. — Popatrzeć na Devil Bay.

Od tego wieczora zaczęły się dziwactwa kapitana van Tocha. Wrócił do kampungu dopiero o świcie; nie odezwał się ani słowem i kazał się zawieźć na statek, gdzie zamknął się w kabinie aż do wieczora. To jeszcze nikogo nie dziwiło, „Kandong Bandoeng” musiał jeszcze załadować wiele dobrodziejstw wyspy Tana Masa (koprę, pieprz, kamforę, gutaperkę, olej palmowy, tytoń i siłę roboczą). Lecz gdy wieczorem zameldowano mu, że cały towar został załadowany, zasapał tylko i powiedział:

— Łódź! Do kampungu!

I wrócił dopiero o świcie. Szwed Jensen, który pomagał mu wejść na pokład, przez grzeczność tylko spytał:

— Wyruszamy dzisiaj, panie kapitanie?

Kapitan odwrócił się, jakby ten dźgnął go w plecy.

— A co ci do tego? — odgryzł się. — Pilnuj swoich cholernych spraw!