Thanks, sahib — odetchnął mały Syngalez i w bielmie jego oczu znowu ukazały się źrenice.

— Już dobrze?

— Tak, sahib.

— Były tam muszle?

— Tak, sahib.

Kapitan van Toch kontynuował krzyżowy ogień pytań z niemałą cierpliwością i precyzją. Tak, są tam diabły. Ile? Tysiące i tysiące. Są wielkości mniej więcej dziesięcioletniego dziecka, panie, i niemal całkiem czarne. Pływają w wodzie, a po dnie chodzą na dwóch nogach. Na dwóch, sahib, jak pan czy ja, ale kołyszą przy tym ciałem, o tak, ciągle, o tak... Tak, panie, mają też ręce, jak ludzie. Nie, nie mają żadnych pazurów, raczej takie jakby dziecięce ręce. Nie, sahib, nie mają rogów ani sierści. Tak, mają ogon, podobny trochę do rybiego, ale bez płetwy ogonowej. I dużą głowę, okrągłą, jak Batakowie. Nie, nic nie mówiły, tylko jakby mlaskały. Gdy Syngalez odcinał muszlę na głębokości jakichś szesnastu metrów, poczuł na plecach dotyk jakby małych, zimnych palców. Obejrzał się i zobaczył, że dokoła były ich setki. Setki, pływających i stojących na kamieniach, i wszystkie patrzyły, co tam Syngalez robi. Wtedy upuścił nóż i muszlę i starał się wypłynąć na powierzchnię. Wpadł przy tym na kilka diabłów, które płynęły nad nim, a co było potem, tego już nie wie.

Kapitan van Toch patrzył zamyślony na trzęsącego się małego nurka. „Ten chłopiec już nigdy się na nic nie przyda — pomyślał — wyślę go z Padangu do domu, na Cejlon”. Mrucząc i sapiąc, poszedł do swej kabiny. Wysypał z papierowej torebki na stół dwie perły. Jedna była malutka jak ziarnko piasku, a druga wielkości grochu, lśniąca srebrzyście z delikatnym odcieniem różu. Kapitan holenderskiego statku parsknął i wyjął z szafki butelkę irlandzkiej whisky.

Przed szóstą kazał się znowu zawieźć łodzią do kampungu i udał się prosto do owego mieszańca Kubanki i Portugalczyka.

Toddy5 — powiedział, i to było jedyne słowo, które padło z jego ust. Siedział potem na werandzie z falistej blachy, trzymał w grubych palcach szklankę z grubego szkła i pił, i spluwał, i łypał spod krzaczastych brwi na żółte wychudzone kurki, które bóg wie co dziobały na brudnym i udeptanym podwórku pośród palm. Mieszaniec nie kwapił się, by cokolwiek powiedzieć, tylko nalewał. Oczy kapitana pomału nabiegały krwią, a jego palce poruszały się niezręcznie. Zapadał już zmierzch, kiedy wstał i podciągnął sobie spodnie.

— Idzie pan już spać, kapitanie? — zapytał grzecznie mieszaniec czarta z diabłem.