— Panie — wołał Szwed Jansen — tu są rekiny. Będzie pan łowił dalej?

— Nie. Podpłyńcie tu i zabierzcie tych dwóch.

— Niech pan spojrzy, jak tu się nagle robi płytko — zwrócił uwagę Jensen, gdy wracali na statek. — To idzie stąd prosto aż do brzegu — pokazywał, uderzając wiosłem o wodę. — Jakby pod wodą była jakaś tama.

Dopiero na statku młody Syngalez doszedł do siebie; siedział z kolanami pod brodą i trząsł się na całym ciele. Kapitan odesłał ludzi i usiadł w szerokim rozkroku.

— No to gadaj — powiedział. — Co tam widziałeś?

Dżinny, sahib — szeptał mały Syngalez; teraz zaczęły mu drgać powieki i całe ciało pokryło się gęsią skórką.

Kapitan van Toch zabulgotał.

— A jak wyglądały?

— Jak... jak...

W oczach Syngaleza znowu zaczął się ukazywać skrawek bielma. Kapitan van Toch z zaskakującą szybkością grzbietem dłoni uderzył go w oba policzki, żeby oprzytomniał.