Syngalez bez słowa pokręcił głową.

Kapitan van Toch miał wielką ochotę go skląć, ale ku swemu zdziwieniu stwierdził, że mówi cicho i niemal łagodnie:

— Nie bój się, chłopcze. A jak wyglądają te... diabły?

— Jak małe dzieci — wykrztusił Syngalez. — Mają ogon i są takie wysokie — ukazał mniej więcej metr dwadzieścia od ziemi. — Stały koło mnie i patrzyły, co tam robię... Otoczyły mnie... — Syngalez zaczął się trząść. — Sahib, sahib, nie tutaj!

Kapitan van Toch rozmyślał.

— I co, mrugają dolnymi powiekami, czy jak?

— Nie wiem, panie — chrypiał Syngalez. — Jest ich tam... dziesięć tysięcy!

Kapitan rozejrzał się za drugim Syngalezem. Ten stał jakieś sto pięćdziesiąt metrów dalej i czekał obojętnie z założonymi rękami. To prawda, gdy człowiek jest nagi, nie ma co zrobić z rękami, jak tylko założyć je na piersiach. Kapitan skinął na niego bez słowa i drobny Syngalez skoczył do wody. Po trzech minutach i pięćdziesięciu sekundach wynurzył się, usiłując chwycić się skał śliskimi rękami.

— Wyłaź! — krzyknął kapitan, ale potem spojrzał uważniej i rzucił się w fale ku tym rozpaczliwie wymachującym rękom. Człowiek by nie uwierzył, że takie cielsko potrafi tak skakać. W ostatniej chwili chwycił jedną rękę i sapiąc, wyciągnął Syngaleza z wody. Potem położył go na kamieniu i ocierał pot. Syngalez leżał bez ruchu; miał jeden goleń otarty do kości, najwidoczniej o kamień, ale poza tym był cały. Kapitan uniósł mu powiekę; widać było tylko bielma oczu postawionych w słup. Nie miał muszli ani noża.

W tej chwili łódź z załogą podpłynęła bliżej brzegu.