Marynarz Michael Kelly, który przeżył całą katastrofę, opowiada: „Gdy rozległy się wystrzały, myśleliśmy, że strzela do nas jakaś inna załoga, która też przyszła polować na Płazy. Kapitan McCarth odwrócił się natychmiast i krzyknął: »Co robicie, durnie, tu jest załoga «Montrose»!«. W tym momencie został ranny w bok, ale wyciągnął jeszcze rewolwer i zaczął strzelać. Potem dostał drugą kulę w szyję i padł. Dopiero teraz spostrzegliśmy, że to strzelają Płazy i że chcą nam odciąć drogę odwrotu do morza. Wtedy Long Steve uniósł wiosło i rzucił się na Płazy, krzycząc: »Montrose! Montrose!«. My pozostali też krzyczeliśmy »Montrose« i waliliśmy te potwory wiosłami, jak tylko się dało. Chyba pięciu nas tam zostało martwych, a reszta przebiła się do morza. Long Steve wskoczył do wody i brodził w kierunku łodzi, ale tam uwiesiło się na nim kilka Płazów i ściągnęły go pod wodę. Charliego też utopiły. Darł się do nas: »Chłopcy, rany boskie, chłopcy, nie dajcie mnie!«, ale my nie mogliśmy mu pomóc. Te świnie strzelały nam w plecy. Bodkin się odwrócił i dostał w brzuch, wykrztusił tylko »ach nie« i padł. Postanowiliśmy dostać się z powrotem w głąb wyspy. Wcześniej rozwaliliśmy na tych ścierwach wiosła i pałki, więc teraz zmykaliśmy jak zające. Zostało nas już tylko czterech. Baliśmy się uciekać daleko od brzegu, że nie dostaniemy się z powrotem na statek. Schowaliśmy się za skałami i krzakami i musieliśmy patrzeć, jak Płazy dobijają naszych towarzyszy. Topiły ich w wodzie jak kocięta, a jeśli któryś jeszcze pływał, waliły go lewarkiem w głowę. Dopiero teraz poczułem, że mam zwichniętą nogę i nie mogę zrobić ani kroku”.
Zdaje się, że tymczasem kapitan James Lindley, który został na „Montrose”, usłyszał tę strzelaninę dochodzącą z wyspy. Czy myślał, że doszło tam do jakiegoś starcia z tubylcami, czy też że są tam inni handlarze Płazami, w każdym razie wziął kucharza i dwóch mechaników, którzy byli jeszcze na statku, kazał załadować na pozostałą łódź karabin maszynowy, który przezornie, choć wbrew surowemu zakazowi, ukrywał na statku, i popłynął swej załodze na pomoc. Był na tyle ostrożny, że nie wyszedł na brzeg; przybił tylko do niego łodzią, na której dziobie umocowany był ów karabin, i stanął „z założonymi rękami”. Oddajmy teraz głos marynarzowi Kelly’emu.
„Nie chcieliśmy wołać kapitana, żeby nas Płazy nie znalazły. Pan Lindley stanął w łodzi z założonymi rękami i zawołał: »Co tu się dzieje?«. Wtedy Płazy zwróciły się ku niemu. Na brzegu było ich kilkaset i wciąż nowe wypływały z morza i otaczały łódź. »Co się tu dzieje?« — ponownie spytał kapitan. Wtedy jeden wielki Płaz podpłynął bliżej i powiedział: »Odpłyńcie stąd!«.
Kapitan spojrzał na niego, przez chwilę nic nie mówił, a potem zapytał: »Jesteś Płazem?«.
»Wszyscy jesteśmy Płazami — powiedział ten Jaszczur. — Niech pan stąd odpłynie!«.
»Chcę wiedzieć, co zrobiliście z moimi ludźmi« — powiedział nasz stary.
»Nie powinni nas byli atakować — odparł Płaz. — Wracajcie na wasz statek!«.
Kapitan znowu przez chwilę milczał, a potem całkiem spokojnie rozkazał: »Jenkins, ognia!«.
I mechanik Jenkins zaczął strzelać do Płazów z karabinu maszynowego”.
(Przy późniejszym badaniu całej sprawy urząd morski oświadczył dosłownie: „W tym względzie Capt. James Lindley postępował tak, jak należy oczekiwać od brytyjskiego marynarza”).