— Kiedy pomyślę — odezwał się Povondra ze słabo skrywaną dumą — że tej groźnej sytuacji beze mnie by nie było...! Gdybym wtedy nie przyprowadził tego kapitana do pana Bondego, cała historia wyglądałaby inaczej. Inny portier nawet by go nie wpuścił do środka, ale ja sobie powiedziałem: „biorę to na siebie”. A teraz, popatrz, jakie z tym mają problemy takie państwa jak Anglia czy Francja! A jeszcze nie wiemy, co z tego może kiedyś wyniknąć. — Povondra podekscytowany pyknął ze swej fajeczki. — Tak to jest, moja złota. Gazety pełne są tych Płazów. O, tu znowu... — Povondra odłożył fajkę. — Piszą, że w pobliżu miasta Kankesanturai na Cejlonie Płazy napadły na jakąś wioskę. Ponoć tubylcy zabili tam przedtem kilka Jaszczurów. Wezwano policję i oddział miejscowego wojska — czytał na głos Povondra — w efekcie czego doszło do regularnej strzelaniny pomiędzy Płazami i ludźmi. Po stronie wojskowych jest kilku rannych. — Ojciec Povondra odłożył gazetę. — To mi się nie podoba, mamuśko.

— Czemu? — zdziwiła się Povondrowa, starannie i z zadowoleniem przyklepując rękojeścią nożyczek miejsce, na którym znajdowała się wyspa Cejlon. — Przecież to nic takiego!

— No, nie wiem — odparł Povondra i począł ze wzburzeniem przechadzać się po pokoju. — W każdym razie to mi się nie podoba. Nie, nie podoba mi się. Strzelaniny między ludźmi i Płazami... to nie powinno mieć miejsca.

— Może te Płazy tylko się broniły — uspokajała Povondrowa, odkładając skarpetki.

— No właśnie — mruczał Povondra zaniepokojony. — Jak się te potwory zaczną bronić, będzie źle. Zrobiły to po raz pierwszy... Psiakrew, to mi się nie podoba! — Povondra zatrzymał się niezdecydowanie. — Nie wiem, ale... chyba jednak nie powinienem był wpuszczać tego kapitana do pana Bondego!

Księga trzecia. Inwazja Jaszczurów

1. Masakra na Wyspach Kokosowych

W jednej kwestii Povondra się mylił: strzelanina w pobliżu miasta Kankesanturai nie była pierwszym starciem pomiędzy ludźmi i Płazami. Do pierwszego znanego historykom konfliktu doszło kilka lat wcześniej na Wyspach Kokosowych, jeszcze w czasie złotego wieku pirackich wypraw na Salamandry. Ale nawet to nie był najstarszy incydent tego rodzaju. W portach Oceanu Spokojnego opowiadano nieraz o pewnych godnych politowania przypadkach, gdy Płazy stawiały czynny opór nawet wobec normalnego S-Trade. Jednak o takich drobnostkach historia nie wspomina.

Z tymi Wyspami Kokosowymi, zwanymi też Wyspami Keelinga, było tak. Pewnego razu przypłynął tam piracki statek „Montrose” znanej spółki Harrimana, Pacific Trade, dowodzony przez kapitana Jamesa Lindleya, na zwykły połów Płazów typu Maccaroni. Na Wyspach Kokosowych znana była obfitująca w Płazy zatoka, obsadzona nimi jeszcze przez kapitana van Tocha, ale ze względu na jej oddalenie pozostawiona, jak się to mówi, na łasce bożej. Kapitanowi Lindleyowi nie można było zarzucić nieostrożności, ani tego, że załoga zeszła na brzeg nieuzbrojona. (Wtedy bowiem piracki handel Płazami ujęty był już w regularne formy. Prawdą jest jednak i to, że okręty pirackie i ich załogi bywały przedtem uzbrojone w karabiny maszynowe, a nawet w lekkie działa, wprawdzie nie przeciw Salamandrom, tylko przeciwko nieuczciwej konkurencji innych piratów. Na wyspie Karakelong kiedyś jednak załoga parowca Harrimana starła się z marynarzami duńskiego okrętu, którego kapitan uważał Karakelong za swoje łowisko. Wówczas obie załogi postanowiły wyrównać stare rachunki, zwłaszcza w kwestii prestiżu i konkurencji w handlu, w taki sposób, że zaniechały łowienia Płazów i zaczęły strzelać do siebie z karabinów i hotchkiss’ów. Duńczycy wprawdzie wygrali potyczkę na lądzie na noże, ale okręt Harrimana z powodzeniem ostrzeliwał potem duński statek z armat i zatopił go, razem z kapitanem Nielsem — był to tak zwany Karakelong-incident. Wówczas musiały w tę sprawę wkroczyć odpowiednie urzędy i rządy krajów będących stronami konfliktu. Pirackim okrętom nadal zakazano używania dział, karabinów maszynowych i granatów ręcznych. Poza tym pirackie towarzystwa podzieliły między siebie tak zwane wolne tereny łowieckie, tak że do każdej lokalnej społeczności Płazów mógł zawijać tylko pewien określony statek piracki. To gentelmen’s agreement wielkich piratów było faktycznie dotrzymywane i respektowane także przez małych korsarskich przedsiębiorców). Ale wracając do kapitana Lindleya, postępował on całkowicie w duchu powszechnych handlowych i morskich obyczajów, kiedy na Wyspach Kokosowych wysłał swych ludzi na polowanie na Płazy, uzbrojonych jedynie w pałki i wiosła. Późniejsze urzędowe dochodzenie przyznało zmarłemu kapitanowi rację.

Załogą, która owej księżycowej nocy wyszła na brzeg na Wyspach Kokosowych, dowodził kapitan marynarki Eddie McCarth, doświadczony w tego rodzaju polowaniach. To prawda, że stado Płazów, które znalazł na brzegu, było niezwykle liczne — według szacunków od sześciuset do siedmiuset dorosłych, silnych samców — podczas gdy kapitan McCarth dowodził jedynie szesnastoma ludźmi. Nie można jednak winić go za to, że nie zrezygnował ze swego zadania; nie można już choćby dlatego, że oficerom i załogom okrętów pirackich zwyczajowo wypłacano premię od ilości złowionych sztuk. W późniejszym dochodzeniu urząd morski stwierdził, że „kapitan McCarth jest wprawdzie odpowiedzialny za niefortunny incydent”, ale „w danych okolicznościach prawdopodobnie nikt nie postąpiłby inaczej”. Przeciwnie, nieszczęsny młody oficer wykazał sporo rozwagi w tym, że zamiast powolnego otaczania Płazów — co przy tych proporcjach liczbowych i tak nie mogłoby być skuteczne — zarządził nagły atak, dzięki któremu Jaszczury miały zostać odcięte od morza, zepchnięte w głąb wyspy i pojedynczo ogłuszane uderzeniami pałek i wioseł. Niestety, przy rozwiniętym ataku tyraliera marynarzy się przerwała i prawie dwieście Salamander uciekło do wody. Podczas gdy atakujący zajmowali się Płazami odciętymi od morza, za ich plecami zaczęły rozlegać się wystrzały podmorskich pistoletów (shark-guns). Nikt nie miał pojęcia, że te w naturalnym środowisku żyjące, dzikie Płazy na Wyspach Keelinga są uzbrojone w pistolety przeciw rekinom, i nigdy nie wyjaśniono, kto właściwie zaopatrzył je w broń.