Podczas gdy krwawe starcia wieśniaków z Płazami rozszerzały się na wybrzeże Calvadosu, Pikardię i Pas-de-Calais, z Cherbourga wypłynął stary francuski krążownik „Jules Flambeau” w stronę zachodniego wybrzeża Normandii. Chodziło tylko o to, jak później zapewniano, żeby jego obecność wpłynęła uspokajająco zarówno na tamtejszych mieszkańców, jak i na Płazy. „Jules Flambeau” zatrzymał się półtorej mili od zatoki Basse Coutances. Gdy zapadła noc, dowódca statku rozkazał, by dla większego wrażenia puszczano kolorowe race. Wielu ludzi na wybrzeżu przyglądało się temu pięknemu widowisku. Nagle usłyszeli syczący pomruk i przy dziobie okrętu wystrzelił w powietrze ogromny słup wody. Okręt przechylił się i w tej chwili nastąpił potężny wybuch. Widać było, że krążownik tonie. W ciągu kwadransa z okolicznych portów przybyły na pomoc łodzie motorowe, ale okazały się niepotrzebne. Oprócz trzech mężczyzn zabitych przy samym wybuchu, cała załoga ocalała, a „Jules Flambeau” zatonął pięć minut po tym, jak jego kapitan jako ostatni opuścił pokład ze słowami: „Nic się nie da zrobić”.
Urzędowy komunikat, wydany jeszcze tej samej nocy, głosił, że „stary krążownik »Jules Flambeau«, który w najbliższych tygodniach miał zostać wyłączony z eksploatacji, najechał podczas nocnego rejsu na podwodne skały i wskutek wybuchu kotłów zatonął”. Ale gazety nie dały się tym uspokoić. Podczas gdy półoficjalne organa twierdziły, że statek natknął się na niemiecką minę nowoczesnej produkcji, opozycyjne i zagraniczne gazety przynosiły bijące w oczy tytuły:
Francuski krążownik storpedowany przez płazy!
Zagadkowe zdarzenie u wybrzeży Normandii!
Bunt Płazów!
„Wzywamy do odpowiedzialności — pisał żarliwie w swej gazecie poseł Barthélemy — tych, którzy uzbroili zwierzęta przeciw ludziom; tych, którzy dali Płazom do rąk bomby, żeby nimi zabijały francuskich wieśniaków i bawiące się niewinne dzieci; tych, którzy dali morskim potworom najnowocześniejsze torpedy, żeby mogły nimi zatapiać francuską flotę, gdy tylko się im zachce. Powtarzam, wzywamy do odpowiedzialności: niech zostaną oskarżeni o zbrodnię, niech zostaną postawieni przed sądem wojennym za zdradę ojczyzny, niech zostanie zbadane, ile dostali od producentów uzbrojenia za to, że zaopatrują morskie kanalie w broń przeciwko cywilizowanej ludzkości!”. I tak dalej. Po prostu zapanowała powszechna panika, ludzie zbierali się na ulicach i zaczęto stawiać barykady. Na paryskich bulwarach stali senegalscy strzelcy z karabinami ustawionymi w kozły, a na przedmieściach czekały czołgi i auta pancerne. Wówczas na sali sejmowej powstał minister żeglugi morskiej, François Ponceau, blady, ale zdeterminowany, i przemówił: „Rząd bierze na siebie odpowiedzialność za to, że uzbroił Płazy na francuskim wybrzeżu w strzelby, podwodne karabiny maszynowe, baterie dział podmorskich i wyrzutnie torped. Lecz podczas gdy francuskie Płazy mają tylko lekkie działa małego kalibru, niemieckie Salamandry uzbrojone są w podmorskie moździerze kalibru 32 cm. Podczas gdy na francuskim wybrzeżu jeden podmorski skład granatów ręcznych, torped i materiałów wybuchowych wypada średnio na dwadzieścia cztery kilometry, na włoskim wybrzeżu głębinowe arsenały broni rozmieszczone są co dwadzieścia, a w wodach niemieckich co osiemnaście kilometrów. Francja nie może pozostawić i nie pozostawi swych wybrzeży bez ochrony. Francja nie może zrezygnować ze swych Płazów. Minister polecił już jak najdokładniej zbadać, kto jest winien fatalnych nieporozumień na wybrzeżu Normandii. Wydaje się, że Płazy wzięły kolorowe race za sygnał do interwencji wojskowej i chciały się bronić. Na razie zarówno dowódca okrętu »Jules Flambeau«, jak i prefekt miasta Cherbourga zostali odwołani ze swych stanowisk. Specjalna komisja bada też, jak przedsiębiorcy realizujący zlecenia na prace wodne traktują Płazy. W przyszłości będzie w tym względzie nakazany ścisły dozór. Rząd ubolewa głęboko z powodu strat w ludziach. Młodzi bohaterowie narodowi — Pierre Cajus, Marcel Bérard i Louis Kermadec zostaną odznaczeni i pochowani na koszt państwa, a ich rodziny otrzymają rentę honorową. W najwyższym dowództwie marynarki nastąpią istotne zmiany. Kwestią udzielenia rządowi wotum zaufania Wysoka Izba zajmie się, gdy tylko rząd będzie w stanie przedstawić dokładniejsze informacje”.
Następnie gabinet zapowiedział stałe posiedzenie.
Tymczasem prasa — zależnie od zabarwienia politycznego — proponowała karną, likwidacyjną, kolonizacyjną albo krzyżową wyprawę przeciw Płazom, strajk generalny, dymisję rządu, aresztowanie przedsiębiorców zatrudniających Płazy, aresztowanie komunistycznych przywódców i agitatorów i wiele innych podobnych działań ratunkowych. Słysząc pogłoski o możliwym zamknięciu wybrzeży i portów, ludzie zaczęli gorączkowo zaopatrywać się w artykuły spożywcze i ceny wszystkich towarów rosły w zawrotnym tempie. W miastach przemysłowych wybuchły zamieszki antydrożyźniane. Giełdę zamknięto na trzy dni. Była to najbardziej napięta i najgroźniejsza sytuacja w ostatnich trzech, czterech miesiącach. Wówczas do całej sprawy zręcznie wmieszał się minister rolnictwa Monti. Zarządził mianowicie, żeby na francuskim wybrzeżu dwa razy w tygodniu wsypywano do morza tyle i tyle set wagonów jabłek dla Płazów, ale na koszt państwa. To rozporządzenie niezwykle zadowoliło Płazy i uspokoiło sadowników w Normandii i gdzie indziej. Ale Monti poszedł jeszcze dalej w tym kierunku: ponieważ już od dłuższego czasu poważnie wrzało w regionach winiarskich, cierpiących na brak zbytu, minister zarządził, by państwo dopłacało do Płazów w taki sposób, że każda Salamandra będzie dostawać dziennie pół litra białego wina. Płazy początkowo nie umiały sobie z tym winem poradzić, gdyż dostawały po nim silnych biegunek, i wylewały je do morza. Jednak z biegiem czasu najwyraźniej przywykły do niego, i — zgodnie z obserwacjami — od tego czasu francuskie Płazy parzyły się z większym zapałem, chociaż z mniejszą płodnością niż wcześniej. Tym sposobem została za jednym zamachem rozwiązana kwestia agrarna i afera z Płazami. Groźne napięcie zostało zażegnane, a kiedy wkrótce doszło do nowego kryzysu rządowego z powodu skandalu finansowego Mme Töppler, sprytny i doświadczony Monti został w nowym gabinecie ministrem żeglugi.
3. Incydent w kanale La Manche
Nieco później belgijski statek transportowy „Oudenbourg” płynął z Ostendy do Ramsgate. Gdy był pośrodku Cieśniny Kaletańskiej, oficer pełniący służbę zaobserwował, że pół mili na południe od wyznaczonego kursu „coś się dzieje w wodzie”. Nie mogąc stwierdzić z tej odległości, czy ktoś tam nie tonie, rozkazał płynąć ku temu silnie wzburzonemu miejscu. Przeszło dwustu pasażerów przyglądało się z nawietrznej strony statku dziwnemu widowisku: tu i ówdzie woda tryskała pionowym strumieniem, tu i ówdzie wyskoczyło z niej jakieś czarne ciało. Przy tym powierzchnia wody na przestrzeni jakichś trzystu metrów szaleńczo wirowała i kipiała i słychać było gwałtowne trzaski i huki. Było to coś jakby podwodna erupcja jakiegoś mniejszego wulkanu. Kiedy „Oudenbourg” powoli zbliżył się do tego miejsca, nagle jakieś dziesięć metrów od dziobu pojawiła się ogromna fala i rozległ się straszny wybuch. Cały statek uniósł się gwałtownie, a na pokład spadł deszcz niemal wrzącej wody. Równocześnie z nią na dziobie plasnęło o pokład mocne czarne cielsko, które wiło się, wydając przy tym przeraźliwy skrzekot. Był to przerażony i poparzony Płaz. Dowodzący oficer rozkazał dać pełną parą wstecz, żeby statek nie wpłynął w sam środek tego wybuchającego piekła. Jednak eksplozje słychać już było ze wszystkich stron, a powierzchnia morza usiana była szczątkami rozerwanych Płazów. W końcu udało się zawrócić okręt i „Oudenbourg” pełną parą uciekał na północ. Wtem zagrzmiał potworny wybuch mniej więcej sześćset metrów za jego rufą i z morza wytrysnął olbrzymi słup wody i pary o wysokości chyba stu metrów. „Oudenbourg” wziął kurs na Harwich i wysyłał na wszystkie strony drogą radiową ostrzeżenie: „Uwaga, uwaga, uwaga! Na linii Ostenda–Ramsgate duże niebezpieczeństwo podwodnych eksplozji. Nie wiemy, czym one są. Radzimy wszystkim okrętom omijać to miejsce!”. Tymczasem nadal trwało dudnienie i grzmoty, jak w czasie morskich manewrów, ale nie było nic widać z powodu strzelającej w górę wody i pary. Z Dover i z Calais wypłynęły już pełną parą torpedowce i niszczyciele, także eskadry samolotów wojskowych pędziły na to miejsce, lecz kiedy tam dotarły, zastały jedynie powierzchnię morza zmętniałą od żółtego mułu i pokrytą ogłuszonymi i rozszarpanymi Płazami.