— Żeby tylko nie dotarła aż tutaj — odezwał się Franek trochę nieoczekiwanie. — Wiesz, tato, jak ma człowiek dzieci...

— Jak to, tutaj! — rzucił staruszek poirytowany. — Masz na myśli Pragę?

— W ogóle do nas, do Czech — powiedział młody Povondra zmartwiony. — Skoro Płazy są już pod Dreznem...

— Idź ty, mądralo — skarcił go ojciec. — Jak by się tu dostały? Przez te nasze góry?

— Chociażby Łabą... a potem dalej Wełtawą.

Ojciec Povondra parsknął zgorszony.

— Łabą, też coś! To by mogły tylko do Podmokel, dalej już nie. Tam są, chłopcze, same skały. Byłem tam. Skądże, tu się Płazy nie dostaną. My się mamy dobrze. I Szwajcarzy też. To jest bajeczna korzyść, że nie mamy żadnego morskiego wybrzeża. Kto ma dziś dostęp do morza, ten jest w biedzie.

— Ale skoro teraz morze sięga aż do Drezna...

— Tam są Niemcy — oświadczył staruszek sceptycznie. — To jest ich sprawa. Ale do nas Płazy nie mogą się dostać, to rzecz oczywista. Musiałyby najpierw usunąć te skały, a nie masz pojęcia, ile by z tym było roboty!

— Roboty, roboty... — zaoponował zachmurzony młody Povondra. — Po to one są. Przecież wiesz, tato, że w Gwatemali zdołały zatopić cały łańcuch górski.