— To co innego — odparł zdecydowanie staruszek. — Nie pleć bzdur, Franku! To było w Gwatemali, a nie u nas. Tu są całkiem inne warunki.

Młody Povondra westchnął.

— Skoro tak uważasz, tato... Ale jak sobie człowiek pomyśli, że te potwory już zatopiły mniej więcej jedną piątą wszystkich lądów...

— Nad morzem, ty torbo, ale nie gdzie indziej. Nie znasz się na polityce. Te państwa, które leżą nad morzem, prowadzą z nimi wojnę, ale my nie. My jesteśmy neutralnym państwem, dlatego nas nie mogą zaatakować. Tak się rzeczy mają. I nie gadaj bez przerwy, bo nic nie złapię.

Nad wodą było cicho. Drzewa na Wyspie Strzeleckiej rzucały już długie, delikatne cienie na powierzchnię Wełtawy. Na moście dzwonił tramwaj, po nabrzeżu spacerowały nianie z wózkami i zacni, odświętnie ubrani ludzie.

— Tato — szepnął młody Povondra niemal jak wtedy, kiedy był jeszcze dzieckiem.

— O co chodzi?

— Czy to nie sum, o, tam?

— Gdzie?

Z Wełtawy dokładnie naprzeciw Teatru Narodowego wystawała z wody duża, czarna głowa i posuwała się powoli pod prąd.