Było upalne lato, typowa dziennikarska kanikuła, gdy absolutnie nic się nie dzieje, gdy zamiera życie polityczne, a sytuację w Europie cechuje stagnacja. A przecież i w tym czasie czytelnicy gazet, umierający z nudów na brzegach wód albo w rzadkim cieniu drzew, zdemoralizowani upałem, przyrodą, wiejskim spokojem i w ogóle zdrowym, prostym życiem na wakacjach, czekają z codziennie niespełnioną nadzieją, że przynajmniej w gazetach będzie coś nowego i orzeźwiającego, jakieś morderstwo albo wojna, albo trzęsienie ziemi, krótko mówiąc: Coś. A nie znajdując tego, ciskają nimi i oświadczają z rozgoryczeniem, że w tych gazetach niczego nie ma, w ogóle nie zasługują na to, żeby je czytać, i że już nie będą ich prenumerować.

W redakcji siedziało pięciu albo sześciu osamotnionych ludzi, pozostali koledzy byli na urlopie, gdzie rozgoryczeni ciskali gazetami i skarżyli się, że teraz w tych gazetach nic, dosłownie Nic nie ma.

Z zecerni wyszedł metrampaż8 i powiedział z wyrzutem:

— Panowie, panowie, nie mam jeszcze na jutro wstępniaka.

— To niech pan tam da... ten artykuł... o sytuacji gospodarczej w Bułgarii — zaproponował jeden z samotnych panów.

Metrampaż ciężko westchnął:

— Ale kto to będzie czytać, panie redaktorze? Znowu w całym numerze nie będzie Nic do Czytania.

Sześciu osamotnionych panów wzniosło oczy do sufitu, jakby tam można było znaleźć Coś do Czytania.

— Ach, żeby tak Coś się wydarzyło — rzucił jeden z nich niewyraźnie.

— Albo gdyby mieć... jakiś... ciekawy reportaż — dorzucił drugi.