— Na boga, daj mi spokój! Co mam zrobić? Przecież ludzie sami tego chcieli. Wszyscy chcieli mieć Płazy. Chciał je mieć handel, przemysł i technika, chcieli je politycy i wojskowi... I młody Povondra to mówił: wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni. Jakże nie byłoby mi żal ludzkości! Ale najbardziej było mi jej żal, kiedy widziałem, jak sama za wszelką cenę dąży do tej zagłady. Człowiekowi chce się krzyczeć, kiedy na to patrzy. Wrzeszczałby i wznosił obie ręce do nieba, jakby widział pociąg wjeżdżający na niewłaściwe tory. Teraz nie da się już tego powstrzymać. Płazy będą się dalej rozmnażać, będą nadal kruszyć stare lądy... Przypomnij sobie tylko, czego dowodził Wolf Meynert: że ludzie muszą zrobić miejsce Płazom i że dopiero Salamandry stworzą szczęśliwy, niepodzielony, homogeniczny świat.

— No wiesz, Wolf Meynert! Wolf Meynert jest intelektualistą. A znasz coś strasznego, zabójczego i bezsensownego, czym by jakiś intelektualista nie chciał odrodzić świata? Ech, dajmy temu spokój! Nie wiesz, co teraz robi Marzenka?

— Marzenka? Myślę, że bawi się na Vyszehradzie. „Musisz być cicho — powiedzieli jej — bo dziadek śpi”. Więc nie wie, co ma robić i okropnie się nudzi.

— I co robi?

— Nie wiem. Prawdopodobnie stara się dosięgnąć czubkiem języka koniec nosa.

— No widzisz. A ty byś chciał dopuścić do nowego potopu świata?

— Przestań! Czy ja mogę czynić cuda? Niech się stanie, co się musi stać! Niech sprawy toczą się nieodwracalnym biegiem! To też jest swego rodzaju pociechą, że to, co się dzieje, dzieje się w zgodzie z dziejową koniecznością i prawem.

— A nie można by tych Płazów jakoś powstrzymać?

— Nie można. Jest ich za dużo. Trzeba zrobić dla nich miejsce.

— Nie dałoby się sprawić, żeby jakoś wymarły? Mogłyby na przykład ulec jakiejś chorobie albo degeneracji...