— Może mu przyślę lekarza — zaproponował autor. — Staruszek ma pewnie gorączkę z nerwów. W tym wieku może jednak dostać z tego zapalenia płuc, ale może z Bożą pomocą przeżyje. Może będzie jeszcze huśtać Marzenkę na kolanach i wypytywać, czego się w szkole nauczyła... Pogodna starość. Boże, niech ma staruszek jeszcze pogodną starość!
— Ładnie mi pogodna — kpił wewnętrzny głos. — Będzie to dziecko przytulać starymi rękami i bać się, człowieku, bać się, że i ono będzie kiedyś uciekać przed huczącymi wodami, które nieodwracalnie zalewają cały świat. Będzie z przerażeniem marszczyć swe krzaczaste brwi i szeptać: „To ja zrobiłem, Marzenko, to moja wina”. Posłuchaj, naprawdę chcesz skazać całą ludzkość na zagładę?
Autor sposępniał.
— Nie pytaj mnie, co ja chcę. Myślisz, że to z mojej woli ludzkie lądy rozpadają się na kawałki? Myślisz, że chciałem takiego zakończenia? To jest po prostu logika wydarzeń. Czyż ja mogę w nią ingerować? Robiłem, co mogłem. Ostrzegałem ludzi zawczasu. Ten X to byłem po części ja. Mówiłem: „Nie dawajcie Płazom broni ani materiałów wybuchowych, porzućcie ten wstrętny handel z Salamandrami” i tak dalej. Sam wiesz, jak się to skończyło. Wszyscy mieli tysiące absolutnie słusznych ekonomicznych i politycznych argumentów, dlaczego jest to niemożliwe. Ja nie jestem politykiem ani ekonomistą, ja ich przecież nie mogę przekonywać. Co zrobić... świat pewnie zginie, zostanie zatopiony, ale stanie się tak przynajmniej z powszechnie akceptowanych przyczyn politycznych i ekonomicznych, przynajmniej dokona się to z pomocą nauki, techniki i opinii publicznej, przy użyciu całej ludzkiej pomysłowości! Żadna katastrofa kosmiczna, tylko same przyczyny natury państwowej, mocarstwowej, ekonomicznej i innej. Na to nie można nic poradzić.
Głos wewnętrzny milczał przez chwilę.
— A nie żal ci ludzkości?
— Poczekaj, nie tak szybko! Przecież nie musi zginąć cała ludzkość. Płazy potrzebują tylko więcej wybrzeży, żeby miały gdzie mieszkać i składać jaja. One pewnie zamiast zwartych lądów zrobią z suchej ziemi same długie makarony, żeby tych wybrzeży było jak najwięcej. Powiedzmy, że na tych pasach ziemi jacyś ludzie się utrzymają, co nie? I będą produkować metale i inne rzeczy dla Salamander. Płazy przecież nie mogą same pracować przy ogniu, wiesz przecież.
— A więc ludzie będą służyć Płazom.
— Będą, jeśli chcesz to tak nazywać. Będą po prostu pracować w fabrykach tak jak teraz, tylko będą mieć innych panów. Koniec końców, może nawet tak wiele się nie zmieni.
— I nie żal ci ludzkości?