Ojciec Povondra wiercił się niespokojnie.
— Kiedyś wszędzie było morze, i znowu tak będzie. To jest koniec świata. Mówił mi kiedyś pewien pan, że i pod Pragą było dno morza... Myślę, że wtedy to też była robota Płazów. Wiesz, nie powinienem był tego kapitana anonsować. Coś mi mówiło „nie rób tego”... Pomyślałem sobie jednak, że może da mi napiwek... ale nie dał. Człowiek niepotrzebnie zniszczy cały świat. — Staruszek przełykał coś jakby łzy. — Wiem, dobrze wiem, że koniec z nami. I wiem, że to moja wina...
— Może napiłbyś się herbaty, dziadziu? — zapytała współczująco młoda pani Povondrowa.
— Ja bym tylko chciał — wyszeptał staruszek — chciałbym tylko, żeby mi to te dzieci wybaczyły.
11. Autor rozmawia sam ze sobą
— Chcesz to tak zostawić? — odezwał się w tym miejscu wewnętrzny głos autora.
— Niby co? — zapytał pisarz trochę niepewnie.
— Pozwolisz Povondrze tak po prostu umrzeć?
— No... — bronił się autor — robię to niechętnie, ale... W końcu Povondra ma już swoje lata. Powiedzmy, że jest już dobrze po siedemdziesiątce.
— I pozwolisz mu się tak dręczyć? Nie powiesz mu nawet: „Dziadku, przecież nie jest aż tak źle, świat nie zginie z powodu Płazów i ludzkość ocaleje, niech pan tylko zaczeka, a dożyje pan tego”? Proszę cię, nie możesz nic dla niego zrobić?