Przykryli ojca Povondrę pierzyną. Nos mu się jakoś dziwnie wydłużył, a wargi jakby coś przeżuwały i mamrotały niezrozumiale. Wyglądał bardzo, ale to bardzo staro. Po chwili trochę się uspokoił.
— Lepiej ci, tato?
W nogach łóżka Povodrowa pociągała nosem i ukrywała zapłakaną twarz w fartuchu. Synowa rozpaliła w piecu, a dzieci, Franek i Marzenka, wpatrywały się w dziadka szeroko otwartymi oczami, jakby go nie poznawały.
— Może wezwać lekarza, tato?
Ojciec Povondra spojrzał na dzieci i coś wyszeptał. I nagle z oczu popłynęły mu łzy.
— A może miałbyś na coś ochotę?
— To moja wina, moja wina — szeptał staruszek. — Żebyś wiedział, że to wszystko moja wina. Gdybym wtedy nie wpuścił tego kapitana do pana Bondego, nie byłoby tego wszystkiego...
— Przecież nic się nie stało — uspokajał go młody Povondra.
— Nic nie rozumiesz — sapał staruszek. — Przecież to koniec. Koniec świata. Teraz morze dotrze i tutaj, skoro są tu te Płazy. A ja się do tego przyczyniłem. Nie powinienem był wpuszczać tego kapitana... Ludzie kiedyś powinni się dowiedzieć, kto był temu winien.
— Bzdura — odezwał się szorstko syn. — Nawet tak nie myśl, tato. Winni są temu wszyscy ludzie. Winne są państwa, winien jest kapitał... Wszyscy chcieli mieć tych Płazów jak najwięcej. My też wysyłaliśmy im broń i bóg wie co jeszcze... My wszyscy za to odpowiadamy.