— Odprowadzę cię, tato — powiedział też jakby nie swoim głosem i silnymi uderzeniami wioseł popychał łódkę w kierunku wyspy. — Zostaw, ja ją przywiążę.
— Czemu jest tak zimno? — dziwił się starszy pan, szczękając zębami.
— Pomogę ci, tylko chodź już — nakłaniał go młody i chwycił ojca pod ramię. — Chyba się przeziębiłeś nad wodą. To był tylko kawał drewna.
Stary pan trząsł się jak osika.
— Kawał drewna, aha... Nie wmawiaj mi takich rzeczy. Ja wiem najlepiej, co to Płazy. Puść!
Povondra junior zrobił coś, czego nie zrobił dotąd nigdy w życiu: machnął na taksówkę.
— Na Vyszehrad — powiedział i wepchnął ojca do auta. — Odwiozę cię. Zrobiło się późno.
— Pewnie, że późno — szczękał zębami ojciec Povondra. — Bardzo późno. To już koniec, Franku. To nie był kawał drewna. To są one.
Młody Povondra musiał niemal wnieść ojca po schodach do domu.
— Niech mama pościeli łóżko — szepnął pospiesznie w drzwiach. — Musimy tatę położyć, bo nam się rozchorował.