CAPTAIN VAN TOCH

E. I. & P. L. Co S. Kandong Bandoeng

Surabaya Naval Club

Povondra pochylił głowę i wahał się. „Mam mu powiedzieć, że pana Bondego nie ma w domu? Albo że jest mi przykro, ale pan Bondy ma właśnie teraz ważną konferencję?”. Są wizyty, które trzeba oznajmić, i inne, które dobry odźwierny załatwia sam. Povondra miał przykre uczucie, że zawodzi go instynkt, którym kierował się w takich przypadkach. Ten tęgi jegomość wymykał się zwykłej klasyfikacji niezapowiedzianych gości, nie wydawał się być ani przedstawicielem handlowym, ani funkcjonariuszem towarzystwa dobroczynnego. Tymczasem kapitan van Toch sapał i wycierał sobie chustką łysinę, a przy tym prostodusznie mrugał bladoniebieskimi oczami. Povondra postanowił nagle wziąć na siebie całą odpowiedzialność.

— Proszę wejść — powiedział — zaanonsuję pana u pana radcy.

Kapitan J. van Toch rozglądał się po holu, wycierając czoło niebieską chustką. „Psiakrew, ale ma tu ten Gustl urządzone! Przecież to wygląda jak saloon na tych shipach, które pływają z Rotterdamu do Batawii. Musiało to kosztować masę pieniędzy. A taki to był piegowaty Żydek” — dziwił się kapitan.

Tymczasem G. H. Bondy w zamyśleniu oglądał w swym gabinecie wizytówkę kapitana.

— Czego tu chce? — zapytał podejrzliwie.

— Za przeproszeniem, nie wiem — odpowiedział szczerze Povondra.

Pan Bondy wciąż trzymał w ręce wizytówkę. Wytłoczona kotwica okrętowa. Captain J. van Toch, Surabaja. Gdzie właściwie jest Surabaja? Czy to nie gdzieś na Jawie? Pan Bondy poczuł tchnienie dali. „Kandong Bandoeng” brzmi jak uderzenia gongu. Surabaja. A dziś akurat jest taki tropikalny dzień. Surabaja.