— No to niech pan go wprowadzi — polecił pan Bondy.
W drzwiach stanął potężny mężczyzna w kapitańskiej czapce i zasalutował, czym sprawił G. H. Bondemu przyjemność.
— Very glad to meet you, Captain. Please, come in14.
— Cześć, siemanko, panie Bondy! — zawołał radośnie Captain.
— Jest pan Czechem? — zdziwił się pan Bondy.
— Yeah, Czechem. Przecież my się znamy, panie Bondy. Z Jevíčka. Sklep z artykułami sypkimi Vantoch, do you remember?
— Prawda, prawda — ucieszył się głośno G. H. Bondy, czując jednak przy tym pewne rozczarowanie. („Więc on nie jest Holendrem!”). — Handel artykułami sypkimi na rynku, tak? Wcale się pan nie zmienił, panie Vantochu! Wciąż taki sam! To co, jak panu idzie interes?
— Thanks — odparł kapitan uprzejmie. — Tatuś już dawno odszedł, jak to się mówi...?
— Umarł? Ale, ale! Prawda, pan musi być jego synem... — Oczy pana Bondego ożyły nagłym wspomnieniem. — Chłopie drogi, czy pan nie jest tym Vantochem, który bił się ze mną, kiedy byliśmy chłopcami?
— Yeah, to będę ja, panie Bondy — przyznał kapitan z powagą. — Przecież z tego powodu wysłali mnie z domu do Morawskiej Ostrawy.