— Często się praliśmy. Ale pan był silniejszy ode mnie — przyznał uczciwie pan Bondy.
— To fakt. Był pan takim słabym Żydkiem, panie Bondy. I często dostawał pan po dupie, oj często.
— Dostawałem, to prawda — przyznał G. H. Bondy poruszony. — Niech pan siada, krajanie! To miło, że sobie pan o mnie przypomniał. A skąd pan się tu wziął?
Kapitan van Toch rozsiadł się z godnością na skórzanym fotelu i położył czapkę na podłodze.
— Spędzam tu urlop. That’s so.
— Pamięta pan — zanurzał się we wspomnieniach pan Bondy — jak pan za mną krzyczał: „Żydzie, Żydzie, czart po ciebie przyjdzie”?
— Yeah — odparł kapitan i zatrąbił z przejęciem w niebieską chusteczkę. — Ech, to były piękne czasy, chłopcze. Ale czas płynie i one już nie wrócą. Teraz obaj jesteśmy starzy.
— Prawda, jest pan kapitanem — przypomniał sobie pan Bondy. — Kto by pomyślał! Captain of Long Distances15, tak się to mówi, nie?
— Yeah, sir. A highseaer. East India and Pacific Lines, sir16.
— Piękny zawód — westchnął pan Bondy. — Z miejsca bym się z panem zamienił, kapitanie. Musi mi pan o sobie opowiedzieć.