— O, tak — ożywił się kapitan. — Chciałbym panu o czymś opowiedzieć, panie Bondy. O bardzo ciekawej sprawie, młodzieńcze. — Kapitan van Toch rozejrzał się niespokojnie.

— Szuka pan czegoś, kapitanie?

Yeah. Nie pijesz pan piwa, panie Bondy? Od wyjazdu z Surabaja męczy mnie straszne pragnienie. — Kapitan zaczął grzebać w obszernej kieszeni spodni i wyjął niebieską chusteczkę, płócienny woreczek z nieznaną zawartością, woreczek z tytoniem, nóż, kompas i plik banknotów. — Posłałbym kogoś po piwo. Może tego stewarta, który przyprowadził mnie do tej kabiny.

Pan Bondy zadzwonił.

— Proszę zostawić to mnie, kapitanie. Niech pan tymczasem zapali cygaro.

Kapitan wziął do ręki cygaro z czerwonym i złotym paskiem i powąchał je.

— To tytoń z Lombok. Ależ tam są straszni złodzieje, szkoda gadać. — Po czym ku przerażeniu pana Bondego zgniótł drogocenne cygaro w potężnej dłoni i wsypał tytoniową miazgę do lulki. — Yeah, Lombok. Albo Sumbawa.

Tymczasem w drzwiach bezszelestnie zjawił się Povondra.

— Proszę przynieść jakieś piwo — polecił pan Bondy.

Povondra uniósł brwi.