— Gdzie?

— Na takiej jednej wyspie. Nie mogę podać jej nazwy, chłopcze. To jest bardzo wielki secret, worth of millions. — Kapitan van Toch otarł chustką czoło. — Do cholery, gdzie to piwo?

— Zaraz będzie, kapitanie.

— No dobra. Żeby pan wiedział, panie Bondy, to są bardzo miłe i dobre zwierzęta, te jaszczury. Ja je znam, chłopcze. — Kapitan uderzył gwałtownie dłonią w stół. — I kłamstwem jest, że to są diabły. A damned lie, sir. To już prędzej pan jest diabłem i ja jestem diabłem, ja, Captain van Toch. Może mi pan wierzyć.

G. H. Bondy przestraszył się. „Delirium — powiedział do siebie. — Gdzie ten przeklęty Povondra?”.

— Jest ich tam kilka tysięcy, tych jaszczurów, ale one je strasznie pożerały, cholera, te... jak one się tu nazywają... sharks.

— Rekiny?

Yeah, rekiny. Dlatego te jaszczury są takie rzadkie, panie Bondy, żyją tylko w tym jednym miejscu, w tej zatoce, której nazwy nie mogę wymienić.

— To znaczy, że te jaszczury żyją w morzu?

Yeah, w morzu. Tylko w nocy wychodzą na brzeg, ale po chwili muszą wracać do wody.