— A jak wyglądają? — (Bondy starał się zyskać na czasie, zanim wróci ten przeklęty Povondra).
— No, są wielkości fok, ale gdy drepczą na tylnych łapach, są tej wysokości — pokazywał kapitan. — Nie powiem, żeby były ładne. Nie mają na sobie żadnych łupek.
— Łusek?
— Yeah, łusek. Są całkiem gołe, panie Bondy, jak jakieś żaby albo takie te salamanders. A ich przednie łapki są jak dziecięce rączki, ale mają tylko cztery palce. Takie biedactwa — dodał kapitan współczująco. — Lecz to bardzo mądre i miłe zwierzęta, panie Bondy. — Kapitan kucnął i zaczął przestępować z nogi na nogę, kołysząc się przy tym. — Tak się poruszają te jaszczury.
Kapitan usiłował wprowadzić swe potężne cielsko w ruch falisty. Trzymał przy tym ręce przed sobą, jak siedzący na dwóch łapach i proszący pies, utkwiwszy w panu Bondym swe oczy koloru niezapominajek, które jakby błagały o sympatię. G. H. Bondy był tym głęboko wstrząśnięty i poniekąd zawstydzony. Na to wszystko w drzwiach pojawił się cicho Povondra z dzbankiem piwa i zgorszony uniósł brwi, patrząc na nieprzystojne zachowanie kapitana.
— Proszę postawić tu to piwo i wyjść — warknął pan Bondy.
Kapitan podniósł się, sapiąc.
— Takie to są te zwierzątka, panie Bondy. Your health! — powiedział i pociągnął spory łyk. — Piwo tu masz dobre, chłopcze. No, ale jak się ma taki dom... — Kapitan otarł sobie wąsy.
— A jak pan znalazł te jaszczury, kapitanie?
— To jest właśnie ta opowiastka, panie Bondy. Zaczęło się od tego, że łowiłem perły na Tana Masa... — Kapitan przerwał na chwilę. — Albo gdzieś tam. Yeah, to była jakaś inna wyspa, ale to jest na razie mój secret, młodzieńcze. Ludzie to straszni złodzieje i człowiek musi uważać na to, co mówi. I kiedy ci dwaj przeklęci Singhales odcinali pod wodą shells z perłami...