— Sepia?
— Yeah, to będzie ona... „Dziesiątego lipca: Sergeant zabił nożem wielką jelly-fish19”. To z kolei taki galaretowaty potwór, a parzy jak pokrzywa. Szkaradne zwierzę... A teraz uwaga, panie Bondy... Trzynastego lipca. Podkreśliłem to sobie. „Sergeant zabił tym nożem małego rekina. Waga siedemdziesiąt funtów...”. Tutaj to mam, panie Bondy — uroczyście oświadczył kapitan van Toch. — Tu mam to napisane czarno na białym. To był wielki dzień, chłopcze. Dokładnie trzynastego lipca zeszłego roku. — Kapitan zamknął notes. — Ja się tego nie wstydzę, panie Bondy, ja tam na brzegu tej Devil Bay uklęknąłem na oba kolana i płakałem z radości. Wtedy już wiedziałem, że moje tapa-boys się nie dadzą. Ten Sergeant dostał za to piękny nowy harpun. Harpun to najlepsza rzecz do łowienia rekinów, chłopcze. I mówię mu: „Be a man, Sergeant, i pokaż tym tapa-boys, że mogą się bronić”. Człowieku! — wykrzyknął kapitan, podskoczył i w uniesieniu walnął pięścią w blat biurka — wiesz, że po trzech dniach pływały tam ogromne martwe rekiny, full of gashes, jak się to powie?
— Całe poranione?
— Yeah, same dziury od tego harpuna. — Kapitan napił się, aż zabulgotało. — Tak to wygląda, panie Bondy. Dopiero wówczas zawarłem z tymi tapa-boys... coś jakby umowę. To znaczy, dałem im słowo, że jeśli przyniosą mi muszle perłopławów, dam im za nie harpuny i noże, żeby się mogły bronić, see? To jest uczciwy business, panie Bondy. Co tu dużo gadać, człowiek powinien być uczciwy również wobec zwierząt. Dałem im też jakieś drewno. I dwie żelazne wheelbarrows...
— Taczki... Wózki.
— Yeah. Takie taczki. Żeby mogły wozić kamienie na tamę. Te biedactwa musiały wszystko nosić w tych swoich łapkach, wiesz? No, masę rzeczy dostały. Nie chciałbym ich oszukać, co to, to nie. Poczekaj, chłopcze, coś ci pokażę.
Kapitan van Toch uniósł sobie jedną ręką brzuch, a drugą wyłowił z kieszeni spodni płócienny woreczek.
— Tutaj je mam — powiedział i wysypał jego zawartość na stół. Było to około tysiąca pereł różnej wielkości: drobne jak ziarenka piasku, większe, wielkości grochu, a kilka nawet wielkości czereśni, doskonałe perły w kształcie kropli, perły barokowe o nieregularnych kształtach, perły srebrzyste, niebieskie, cielisto żółtawe, wpadające w czerń i różowe. G. H. Bondy był oszołomiony. Nie mógł się powstrzymać, musiał w nich grzebać, toczyć je koniuszkami palców, przykrywać obiema dłońmi.
— Są piękne — westchnął z zachwytem. — Kapitanie, to jest jak sen.
— Yeah — rzekł kapitan beznamiętnie. — Są naprawdę piękne. A tych rekinów jaszczury zabiły chyba ze trzydzieści w ciągu tego roku, kiedy tam z nimi byłem. Mam to tu napisane — powiedział, stukając się w kieszonkę na piersiach. — Bo też tych noży im dałem że ho, ho... i pięć harpunów. Mnie te noże kosztują prawie dwa dolary amerykańskie a piece, czyli za sztukę. Bardzo dobre noże, chłopcze, ze stali, której nie bierze żaden rust.