— Rdza.

Yeah. Bo to mają być podwodne noże, do użytku w morzu. A ci Batakowie też mnie kosztowali kupę pieniędzy.

— Jacy Batakowie?

— No ci tubylcy na wyspie. Oni wierzą w to, że te tapa-boys są diabłami, i strasznie się ich boją. A kiedy widzieli, że ja z tymi diabłami rozmawiam, chcieli mnie autentycznie zabić. Całymi nocami walili w takie dzwony, żeby odegnać te diabły od swojego kampungu. Okropny hałas robili. A potem co rano chcieli, żebym im za to dzwonienie płacił. Za tę pracę, którą w to włożyli. Szkoda gadać, ci Batakowie są strasznymi złodziejami. Ale z tymi tapa-boys, z tymi jaszczurami można by zrobić uczciwy biznes. Bardzo dobry interes, panie Bondy.

G. H. Bondy czuł się jak w bajce.

— Kupować od nich perły?

Yeah. Tylko że w Devil Bay już żadnych pereł nie ma, a na innych wyspach nie ma żadnych tapa-boys. W tym cały problem, młodzieńcze. — Kapitan van Toch triumfalnie wydął policzki. — To jest właśnie ten wielki interes, który sam wymyśliłem. Chłopcze — rzekł, przeszywając powietrze grubym palcem — przecież tych jaszczurów mnóstwo przybyło od tego czasu, gdy się za nimi ująłem! One się teraz mogą bronić, you see? Eh? I wciąż ich będzie przybywać! No tak czy nie, panie Bondy? Czy nie byłby to bajeczny interes?

— Tylko że ja wciąż nie rozumiem... — odparł G. H. Bondy niepewnie — ...o co panu właściwie chodzi, kapitanie?

— No, żeby przewozić te tapa-boys na inne perłowe wyspy — wyrzucił z siebie wreszcie kapitan. — Zaobserwowałem, że te jaszczury nie mogą się same przedostać przez pełne, głębokie morze. One potrafią przez chwilę płynąć, a potem chwilę dreptać po dnie, ale na dużej głębokości jest dla nich zbyt duże ciśnienie. One są bardzo miękkie, wiesz? Ale gdybym miał statek, na którym można by dla nich zrobić taki tank, taki zbiornik na wodę, mógłbym je rozwozić, dokąd bym chciał, see? I one by tam szukały pereł, a ja bym do nich jeździł i dowoziłbym im noże i harpuny i inne potrzebne rzeczy. Te biedactwa tak się w tej Devil Bay roz... rozprosiły, nie?

— Rozmnożyły.