— Yeah, tak się rozmnożyły, że już tam nie będą miały co jeść. One jedzą takie mniejsze rybki i molluscs, i różne wodne owady. Ale mogą też jeść ziemniaki i suchary, i takie zwyczajne rzeczy. Więc można by je karmić w takich tanks na statku. A ja bym je w odpowiednich miejscach, gdzie nie ma dużo ludzi, wypuszczał do wody i urządził tam takie... takie farms dla tych moich jaszczurów. Bo ja bym chciał, żeby te zwierzątka mogły się jakoś wyżywić. One są bardzo miłe i mądre, panie Bondy. Jak je pan zobaczy, powie pan: „Hello, Captain, ma pan pożyteczne zwierzątka”. Yeah. Ludzie teraz oszaleli na punkcie pereł, panie Bondy. To jest ten wielki business, który wymyśliłem.
G. H. Bondy był zakłopotany.
— Bardzo mi przykro, kapitanie — zaczął z wahaniem — ale ja... naprawdę nie wiem...
Błękitne oczy kapitana van Tocha zaszkliły się łzami.
— To niedobrze, chłopcze. Ja bym ci zostawił te wszystkie perły jako... jako guaranty na ten statek, ale sam go kupić nie mogę. Wiem o bardzo zgrabnym statku w Rotterdamie... z silnikiem Diesla...
— Czemu nie zaproponował pan tego interesu komuś w Holandii?
Kapitan pokręcił głową.
— Znam tych ludzi, chłopcze. Z nimi nie mogę o tym rozmawiać... Ja bym mógł wozić tym statkiem także inne rzeczy, wszelkie możliwe goods, i sprzedawałbym je na tych wyspach. Yeah, mógłbym to robić. Mam tam masę znajomości, panie Bondy. A przy tym mógłbym mieć na tym statku tanks dla moich jaszczurów.
— Można by się nad tym zastanowić — rozmyślał G. H. Bondy. — Bo też przypadkowo... No tak, musimy szukać nowych rynków dla naszego przemysłu. Przypadkiem rozmawiałem o tym niedawno z paroma ludźmi. Chciałbym kupić dwa statki, jeden dla Ameryki Południowej, a drugi dla tych wschodnich regionów.
Kapitan ożywił się.