— To się panu chwali, sir. Statki są teraz strasznie tanie, może pan wykupić cały port.

Kapitan van Toch zabrał się do technicznego wykładu, gdzie i jak można kupić vessels i boats i tank steamers. G. H. Bondy nie słuchał go, tylko obserwował. G. H. Bondy znał się na ludziach. Ani przez chwilę nie brał poważnie jaszczurów kapitana van Tocha, ale sam kapitan zasługiwał na jego uwagę. Uczciwy, bez wątpienia. I zna układy tam na dole. Wariat, owszem. Ale niezwykle sympatyczny. W sercu G. H. Bondego zadrgała jakaś fantastyczna struna. Statki z perłami i z kawą, statki z przyprawami i wszystkimi zapachami Arabii. G. H. Bondy miał dziwne uczucie, co zdarzało mu się zazwyczaj przed podjęciem każdej ważnej decyzji; uczucie, które można by wyrazić słowami: „Wprawdzie nie wiem dlaczego, ale chyba w to wejdę”. Tymczasem Captain van Toch rysował potężnymi łapami statki z awning decks albo quarter-decks...

— ...bajeczne statki, chłopcze.

— Wie pan co, kapitanie Vantochu — powiedział nagle G. H. Bondy — proszę do mnie przyjść za dwa tygodnie. Wrócimy do tematu tego statku.

Captain van Toch zrozumiał, jak wiele znaczą takie słowa. Poczerwieniał z radości i wykrztusił:

— A te moje jaszczury... będę je mógł wozić na tym statku?

— Ależ tak. Proszę tylko, żeby pan o nich nikomu nie mówił. Ludzie pomyśleliby, że pan zwariował... i ja też.

— A te perły mogę tu zostawić?

— Może pan.

Yeah, w takim razie muszę wybrać dwie z nich, bo chciałbym je komuś posłać.