— Komu?
— Takim dwóm redaktorom, chłopcze. Ale czekaj, czekaj. Psiakrew!
— Co?
— Cholera, jak oni się nazywali? — Kapitan van Toch mrugał w zamyśleniu błękitnymi oczami. — Mam taką ciężką głowę, człowieku. Nie pamiętam, jak się ci dwaj boys nazywali.
5. Kapitan J. van Toch i jego tresowane jaszczury
— Niech sczeznę — powiedział jakiś człowiek w Marsylii — jeśli to nie Jensen.
Szwed Jensen podniósł oczy.
— Poczekaj — rzekł — i nie mów, dopóki sobie nie przypomnę. — Położył dłoń na czole. — „Sea-gull”... nie. „Empress of India”... nie. „Pernambuco”... nie. Już wiem. „Vancouver”, Osaka-Line, Frisco. A nazywasz się Dingle, łajdaku, i jesteś Irlandczykiem.
Mężczyzna wyszczerzył żółte zęby i przysiadł się.
— Right, Jensen. I piję każdą wódkę, jaka jest pod ręką. Skąd się tu wziąłeś?