— Na pewno nie był to Batak?
— Nie, panie. Przecież w tym miejscu żaden Batak nie wejdzie do wody. A poza tym... to coś mrugało na mnie dolnymi powiekami. — Mieszaniec wzdrygnął się z przerażenia. — Dolnymi powiekami, które zasłaniają całe oko. To był tapa.
Kapitan J. van Toch obracał w grubych palcach szklankę z winem palmowym.
— A nie był pan pijany, co? Zalany pan nie był?
— Byłem, panie. Inaczej bym tamtędy nie płynął. Batakowie nie lubią, kiedy ktoś te diabły niepokoi.
Kapitan van Toch potrząsnął głową.
— Człowieku, nie ma żadnych diabłów. A gdyby były, musiałyby wyglądać jak Europejczycy. To była pewnie jakaś ryba czy coś.
— Ryba! — obruszył się mieszaniec Portugalczyka i Kubanki. — Ryba nie ma rąk, panie. Ja nie jestem żadnym Batakiem, chodziłem do szkoły w Badjoeng... być może pamiętam jeszcze dziesięć przykazań i inne naukowo dowiedzione rzeczy. Wykształcony człowiek odróżni przecież diabła od zwierzęcia. Niech pan spyta Bataków.
— To są murzyńskie zabobony — oświadczył kapitan z jowialną wyższością człowieka wykształconego. — Naukowo rzecz biorąc, to jest bzdura. Diabeł nie może przecież żyć w wodzie. Co by tam robił? Nie możesz słuchać gadaniny tubylców, chłopcze. Ktoś nazwał tę zatokę Diabelską Zatoką i od tego czasu Batakowie się jej boją. Tak się sprawy mają — powiedział kapitan i uderzył grubą dłonią w stół. — Nic tam nie ma, chłopcze, to przecież jasna sprawa.
— Niby tak — zgodził się mieszaniec, który chodził do szkoły w Badjoeng — ale żaden rozumny człowiek nie ma czego szukać w Devil Bay.