— Ten w Singapurze też mówił, że to prawda — mamrotał Szwed. — Ale i tak dostał po gębie — dodał triumfalnie.
— Daj sobie powiedzieć — bronił się Dingle — że coś w tym jest. Przecież kto jak kto, ale ja mogę coś na ten temat powiedzieć. Widziałem te suki na własne oczy.
— Ja też — mruczał Jensen. — Prawie całkiem czarne, jakieś metr sześćdziesiąt z ogonem i biegają na dwóch łapach. Wiem.
— Obrzydlistwo — otrząsnął się Dingle. — Całe pokryte brodawkami, człowieku. Matko Boska, nie dotknąłbym tego. Przecież to musi być trujące!
— Niby czemu? — mruknął Jensen. — Człowieku, służyłem już na statku, gdzie była masa ludzi. Na over- i lowerdecku21 pełno ludzi, mnóstwo kobiet i bóg wie czego, tańczyli i grali w karty. Ja byłem palaczem. A teraz mi powiedz, trąbo jedna, co jest bardziej trujące.
Dingl splunął.
— Gdyby to były kajmany, człowieku, nic bym nie powiedział. Kiedyś wiozłem z Banjarmasin węże do ogrodu zoologicznego. Okrutnie śmierdziały! Ale te jaszczury, Jensen, to są bardzo dziwne zwierzęta. W dzień to nic, w ciągu dnia są w tych basenach z wodą, ale w nocy wychodzą... tap, tap... tap, tap... Cały statek się od nich roił. Stały na tylnych łapach i kręciły głowami... — Irlandczyk się przeżegnał. — Na widok człowieka robią „ts-ts-ts”, jak te kurwy w Hongkongu. Nie karz mnie Boże, ale ja myślę, że coś z nimi jest nie w porządku. Gdyby nie było tak trudno o robotę, nie zostałbym tam ani godziny, Jensi. Ani godziny.
— Aha — rzekł Jensen — To dlatego wracasz do mamusi, co?
— Częściowo. Człowiek musiał strasznie chlać, żeby tam w ogóle wytrzymać, a wiesz, że na to kapitan jest czuły. Ile było szumu, kiedy niby jednego z tych potworów kopnąłem. No, kopnąłem i to z niezłym skutkiem, człowieku, aż mu grzbiet przetrąciłem. Żebyś widział, jak stary szalał. Zsiniał, złapał mnie za kark i byłby mnie wrzucił do wody, gdyby nie mat Gregory. Znasz go?
Szwed tylko przytaknął.