— Niejaki van Toch. Holender czy ktoś taki.
Szwed Jensen zamyślił się.
— Kapitan van Toch. Też z nim przed laty pływałem, bracie. Statek „Kandong Bandoeng”. Trasa od czarta do diabła. Gruby, łysy i przeklina też po malajsku, żeby mieć większy repertuar. Znam go dobrze.
— Już wtedy był takim wariatem?
Szwed potrząsnął głową.
— Stary Toch jest all right, człowieku.
— A woził już wtedy te swoje jaszczury?
— Nie. — Jensen trochę się zawahał. — Słyszałem coś o tym... w Singapurze. Jeden taki mielił o tym ozorem.
Irlandczyk poczuł się nieco urażony.
— To nie były żadne brednie, Jensen. To święta prawda z tymi jaszczurami.