— A czemu nie?
Mieszaniec wzruszył ramionami.
— Bo tam są tapa-tapa. Diabły, panie.
Kapitan zaczął przybierać barwę fioletową.
— Powiedz im, że jak nie pójdą... to im wybiję wszystkie zęby... pourywam uszy... powieszę... i spalę ten zawszony kampung, rozumiesz?
Mieszaniec rzetelnie to przetłumaczył, po czym znowu nastąpiła ożywiona dyskusja. Po niej mieszaniec zwrócił się do kapitana:
— Mówią, że pójdą do Padangu poskarżyć się na policji, że im tuan groził. Na to są ponoć paragrafy. Naczelnik mówi, że tego tak nie zostawi.
Kapitan J. van Toch zaczął sinieć.
— To mu powiedz — wrzasnął — że jest... — I mówił jednym tchem dobrych jedenaście minut.
Mieszaniec przetłumaczył na tyle, na ile pozwalał mu zasób słów; a po nowej, długiej wprawdzie, ale rzeczowej naradzie Bataków tłumaczył kapitanowi: