— Mówią, panie, że byliby skłonni odstąpić od ścigania na drodze sądowej, o ile tuan kapitan zapłaci karę na ręce miejscowych władz. Chcą... — zawahał się — dwieście rupii, ale to trochę za dużo. Niech im pan zaproponuje pięć.

Twarz kapitana van Tocha pokryła się brunatnymi plamami. Najpierw zaproponował wymordowanie wszystkich Bataków na świecie, potem ograniczył się do trzystu kopniaków, a w końcu zadowoliłby się tym, że wypcha naczelnika na użytek muzeum kolonialnego w Amsterdamie. Batakowie z kolei zeszli z dwustu rupii na żelazną pompę z kołem, a w końcu obstawali przy tym, żeby kapitan dał naczelnikowi tytułem kary benzynową zapalniczkę.

— Niech pan im to da — doradzał mieszaniec Kubanki i Portugalczyka. — Mam trzy zapalniczki na składzie, ale bez knotów.

W ten sposób przywrócony został pokój na Tana Masa. Kapitan J. van Toch wiedział jednak, że teraz gra idzie o prestiż białej rasy.

Po południu od holenderskiego statku „Kandong Bandoeng” odbiła łódź, w której znajdowali się: kapitan van Toch, Szwed Jensen, Islandczyk Gudmundson, Fin Gillemainen i dwaj syngalescy poławiacze pereł. Łódź skierowała się prosto do zatoki Devil Bay.

O godzinie trzeciej, w porze największego odpływu, kapitan stanął na lądzie, łódź krążyła jakieś sto metrów od brzegu, żeby mieć na oku rekiny, a obaj syngalescy nurkowie czekali z nożami w ręce na znak, by skoczyć do wody.

— No, to teraz ty! — rozkazał kapitan temu wyższemu golasowi. Syngalez wskoczył do wody, brodził w niej kilka kroków, a potem zniknął. Kapitan spojrzał na zegarek.

Po czterech minutach i dwudziestu sekundach jakieś sześćdziesiąt metrów na lewo wynurzyła się brązowa głowa. Z dziwnym, rozpaczliwym i jakby konwulsyjnym pośpiechem wdrapywał się Syngalez na skały, w jednej ręce trzymając nóż do odcinania muszli, a w drugiej muszlę perłopława.

Kapitan spochmurniał.

— No, co jest? — zapytał ostro.