— A-be — jęczał opuszczony koteczek. — Abe!
— Już idę! — zawołał. — Mam coś dla ciebie, Li! Coś ci niosę! — Wywijając nad głową płaszczem kąpielowym, Mr Abe Loeb biegł wybrzeżem jak młody bóg.
Li siedziała w kucki, skulona i cała się trzęsła.
— Abe — szlochała i szczękała zębami. — Jak możesz... jak możesz...
Ukląkł przed nią uroczyście.
— Lily Valley, bogowie morscy, czyli trytony, przyszli złożyć ci hołd. Mam ci przekazać, że od tego czasu, gdy Wenus wyłoniła się z morskiej piany, żadna artystka nie zrobiła na nich tak wielkiego wrażenia jak ty. W dowód swego podziwu przysyłają ci — wyciągnął rękę — te trzy perły. Spójrz.
— Nie pleć, Abe — chlipał koteczek Li.
— Poważnie, Li. Zobacz, że to są prawdziwe perły!
— Pokaż — zakwiliła Li i drżącymi palcami sięgnęła po białawe kuleczki. — Abe — wykrztusiła — przecież to są perły! Znalazłeś je w piasku?
— Ależ Li, kochanie, perły nie leżą w piasku.