— Judy się bała — tłumaczył ją Fred. — Słowo honoru, nie zrobiła tego naumyślnie, co nie, Judy?

Judy czuła się dotknięta. Tymczasem jednak podeszli ci dwaj marynarze, wlokąc w sieci coś, co rzucało się jak wielka ryba.

— Mamy to, kapitanie. I to żywe.

— Ten potwór strzykał jakąś trucizną. Mam całe ręce w pęcherzach. Pali to jak ogień.

— Mnie to też dotknęło — jęczała panna Li. — Poświeć, Abe! Zobacz, czy nie mam tu pęcherza.

— Nie, nic tam nie masz, kochanie — zapewniał ją Abe. O mało nie pocałował tego miejsca nad kolanem, które koteczek niespokojnie rozcierał.

— Ależ to było zimne, brr — żaliła się Li.

— Zgubiła pani perłę, ma’am — powiedział jeden z marynarzy i podał Li kuleczkę, którą podniósł z piasku.

— O Boże, Abe! — wykrzyknęła panna Li. — One mi znowu przyniosły perły! Dzieci, chodźcie szukać pereł! Tu będzie mnóstwo pereł, które mi te biedactwa przyniosły! Prawda, Fred, że są rozkoszne? O, tu też jest perła!

— I tutaj!