— Hm...

I znowu dłuższa pauza.

— A kapusta musi być bielutka.

— Na Morawach — ozwał się Brych — przyrządzają kapustę na rzadko. Byłem tam jako czeladnik. Po prostu się leje.

— Idź pan z taką kapustą! — dziwił się pater Joszt. — Kapustę trzeba przecie przecedzić. Nie gadaj pan, kto by taką rzecz jadł?!

— No, jedzą tam taką kapustę. Łyżkami.

— Strach po prostu — drętwiał kanonik. — Jakiś dziwny naród, czy nie? Przecież kapustę trzeba tylko omaścić. Dobrze mówię, panie Binder? Nie rozumiem, jak można kapustę przyrządzać inaczej!

— Wie ksiądz — rzekł pan Brych w zamyśleniu — to jest akurat tak, zdaje się, jak z tą wiarą wtedy i w ogóle. Ludzie nie chcą zrozumieć, że inny może wierzyć w co innego.

— Daj pan spokój — bronił się pater Joszt. — Prędzej bym uwierzył w Mahometa, niżbym jadł taką dziwaczną kapustę. Przecie sam rozum wskazuje, że kapustę trzeba tylko omaścić, nie?

— A wiary sam rozum nie wskazuje?