— Kolację — odezwał się pan Rejzek.

Pan Binder i jego córka nieśli właśnie w tej chwili i stawiali na stole półmisek z kiełbaskami. Jeszcze syczały, z tłustą pianką na wierzchu, leżąc na pulchnej kapuście niby tureckie odaliski na poduszkach. Pater Joszt głośno mlasnął i przeciął pierwszą krasawicę.

— Udała nam się — rzekł po chwili pan Brych.

— Hm — przemówił po dłuższym milczeniu pan Rejzek.

— Panie Binder, szacunek, udały się panu — prawił z uznaniem ksiądz kanonik.

Panowała wdzięczna i skupiona cisza.

— Angielskie ziele — wtrącił pan Brych — lubię czuć w nosie.

— Ale żeby go nie było za dużo.

— Nie, tak w sam raz.

— A skórka musi w zębach wprost chrzęścić.