— Et, czytam właśnie, że prezydent republiki mianował młodego uczonego, prywatnego docenta dra Blahouša, profesorem nadzwyczajnym. Wie ksiądz kanonik, to ten sam Blahouš, co pisał wtedy o panu Kuzendzie.

— Aha, aha — rzekł pater Joszt, wycierając okulary. — Naturalnie, niedowiarek. Na uniwersytecie sami ateusze. A pan ma też za uszami, panie Brych.

— No, ksiądz kanonik już się tam za nas pomodli — wtrącił się pan Binder. — Będzie nas w niebie potrzebował do kart. Więc dwie kiełbaski i jedna kiszka, jak zawsze?

— Ma się rozumieć: dwie i jedna.

Pan Binder uchylił drzwi wiodące do kuchni i krzyknął:

— Dwie kiełbaski i jedna kiszka.

— Dobry wieczór — rzekł warkliwie redaktor Rejzek, wchodząc do gospody. — Zimno, ludkowie!

— Dobry wieczór panu — przymilał się pan Binder. — Gość w dom, Bóg w dom.

— No, co nowego? — pytał się wesoły pater Joszt. — Jak tam w redakcji? Ach tak, za młodu też pisywałem do gazet.

— I mnie także opisał wtedy w gazecie ten Blahouš — rzekł pan Brych. — Mam jeszcze gdzieś wycinek z tej gazety. Nazwał mnie apostołem Kuzendowej sekty, czy tak jakoś. Hej, gdzież te czasy!