— Zaraz będą kiełbaski — melduje gospodarz przychodzący z kuchni. I patrzajcież, przecież to jest pan Binder, niegdysiejszy właściciel karuzeli! Przytył i już nie nosi pasiastej koszuli, ale to on!

— Mamy czas — powiada powolutku pan Brych. — Przecie i pater Joszt też jeszcze nie przyszedł. I pan redaktor Rejzek...

— No a tego... Jak się miewa pan Kuzenda? — pyta pan Binder.

— Jak zawsze. Pokwękuje, postękuje. Wie pan, panie Binder, to jest bardzo porządny człowiek.

— Bardzo porządny — przyświadczył gospodarz. — Wie pan co, panie Brych? Żeby pan mu zaniósł ode mnie... no, parę takich kiełbasek... Udały nam się dzisiaj, a gdyby pan chciał być taki dobry...

— Ależ bardzo chętnie, panie Binder. To go, wie pan bardzo ucieszy, że pan o nim pamięta. Ależ tak, bardzo chętnie posłużę.

— Niech będzie pochwalony... — ozwał się głos we drzwiach i pan kanonik Joszt, czerstwy, zarumieniony od mrozu, wieszał na kołku kapelusz i futerko.

— Dobry wieczór, wasza wielebność — odpowiedział pan Brych. — Ale już też czekamy, czekamy!

Pater Joszt radośnie szczerzył zęby i zacierał zziębnięte ręce.

— A co w gazetach, panie majster. O czym nam tam piszą?