— Zaraz, zaraz — rzekł prezes Bondy zamyśliwszy się. — Może istnieją takie zaklęcia. Czy już wzywałeś księży?
— Jakich księży?
— Byle jakich. Przecież o wyznanie tu chodzić nie może. Potrafiliby może zakazać to i owo.
— Zabobony! — wybuchnął Marek. — Dajże ty mi spokój z klechami! Żeby mi w mojej uczciwej piwnicy urządzili jakie cudami słynące pielgrzymowisko! U mnie, przy moich poglądach!
— Dobrze — zgodził się pan Bondy. — To ja sam ich poproszę. Człowiek nigdy nie wie, co się może przydać... Zaszkodzić taka rzecz w żadnym razie nie może. Ostatecznie, ja przeciwko Bogu nic nie mam. Chodzi o to, żeby nie było zakłóceń w pracy. Czy próbowałeś załatwić rzecz po dobremu?
— Nie! — zaprotestował inżynier Marek.
— To źle — rzekł sucho prezes Bondy. — Może dałoby się zawrzeć z Absolutem jakąś umowę. Bardzo ścisły kontrakt, mniej więcej taki: — Zobowiązujemy się wyrabiać Cię bez rozgłosu, bez zakłócania pracy, w rozmiarach, jakie ustalimy; Ty w zamian zobowiążesz się, iż zrzekasz się wszystkich boskich manifestacji w zasięgu tylu a tylu metrów od miejsca produkcji. — Jak uważasz, czy zgodziłby się na to?
— Nie wiem — odpowiedział Marek z niesmakiem. — Zdaje się, iż podobało mu się specjalnie istnieć dalej niezależnie od materii. Może by on... we własnym interesie... pozwolił pogadać z sobą. Ale ode mnie tego nie żądaj.
— Dobrze — zgodził się Bondy. — Poślę swego notariusza. Bardzo taktowny i zręczny człowiek. A poza tym, może dałoby się zaproponować mu jaki kościół. Przecież taka fabryczna piwnica, w takim otoczeniu, jest dla niego trochę nie tego... nieodpowiednia. Należałoby wybadać jego upodobania. Próbowałeś tego już?
— Nie. Najchętniej zalałbym piwnicę wodą.